To mi wygląda na samobójczą misję... Zgłaszam się na ochotnika!
-- Jacob Taylor
Czytaj więcej...

Jedni odchodzą, drudzy wracaj...

Wraz z końcem lipca, nadejdą poważne zmiany w BioWare. Z f...

Czytaj więcej...

Patch 1.09 dostępny

Wczoraj na serwery weszła nowa łatka oznaczona numerem 1.0...

Czytaj więcej...

Fizyczność przy nagraniach j...

Przyszedł czas na ostatni wywiad z serii. Naszym i waszym ...

Czytaj więcej...

Vetra jest PERFEKCYJNA

Czołem Statusowe świry! Dziś przedstawiamy Wam przedostatn...

0123

Mass Effect: Paragon Lost - recenzja

GrissoM @ 17.10.2014, 19:49
Ocena użytkowników:  / 10
SłabyŚwietny 

Pomimo upływu niemal 2 lat od światowej premiery, postanowiliśmy przygotować dla Was recenzję jedynego jak dotąd pełnometrażowego filmu w uniwersum Mass Effect.

Paragon Lost

Podczas gdy Komandor Shepard dzielnie broni galaktyki przed Żniwiarzami, w innej jej części James Vega, brnący przez beznadziejnie napisany scenariusz, stwarza lekki kontrast dla poczynań Komandora.

[UWAGA! W recenzji znajdują się pomniejsze spojlery, mogące popsuć zabawę osobom nieznającym uniwersum Mass Effect, a planującym w przyszłości zapoznać się z grami!]

Film Mass Effect: Paragon Lost, w reżyserii Atsushi'ego Takeuchi , powstał w skutek współpracy naszego ukochanego studia BioWare, FUNimation i T.O Entertainment. Można by pomyśleć, że decydując się na stworzenie filmu przeznaczonego szczególnie dla miłośników uniwersum Mass Effect, firma zadba chociażby o wysoką jakość scenariusza. Niestety, zarówno wykonanie jak i fabuła okazały się być na poziomie co najwyżej kilkuodcinkowych OAV - znanych fanom japońskich produkcji.

Historia przedstawiona w filmie rozgrywa się między pierwszą a drugą częścią gry Mass Effect. Podczas ekspansji kosmosu ludzkość skolonizowała wiele układów i planet, mniej lub bardziej istotnych. Jednym z ważniejszych miejsc jest Fehl Prime, gdzie znajduje się fabryka zaopatrująca w leki całą przestrzeń kontrolowaną przez Przymierze Systemów. Kolonia znajdująca się na tejże planecie, od pewnego czasu stała się celem ataków Krwawej Hordy - gangu krogańskich najemników. Do obrony Fehl Prime zostaje wysłany elitarny oddział świeżo upieczonych marines, wśród których znajduje się nasz główny bohater - James Vega, jeden z kilku możliwych do zrekrutowania towarzyszy w ME 3.

Zdziwił mnie nieco wybór na protagonistę całej historii naszprycowanego testosteronem mięśniaka, dla którego szczytem ambicji jest pakowanie bicka i nabieranie coraz większej masy. Według mnie, to jedna z najnudniejszych postaci pośród wielu innych - w przeciwieństwie do niego barwnych i interesujących.

Dowództwo nakazuje oddziałowi pozostać na planecie i dbać o to, aby kolonia była bezpieczna. Sielankowe życie kończy się po dwóch latach, przerwane przez nieznaną dotąd ludzkości rasę. Życie dziesiątek kolonistów spoczywa więc w rękach elitarnego oddziału, który - pozornie - ma nikłe szanse na zwycięstwo w obliczu liczniejszego i bardziej zaawansowanego technicznie przeciwnika.

Właściwie… jest to cała fabuła.

Krótko mówiąc - obraz nędzy i rozpaczy. Po raz kolejny dowiadujemy się, kim są zbieracze, kim proteanie, dlaczego dokonują swoich "żniw", dorzucono też kilka wspominek o Cerberusie. Całość została ujęta w tak głupawy i pomieszany sposób, że widz równie dobrze mógłby wpatrywać się w kartkę z napisem "tu mogłoby być coś ciekawego". Autorzy scenariusza chyba nie do końca byli pewni, do kogo chcą ten film zaadresować. Z jednej strony pokazują nam rzeczy dobrze znane graczom, wykonując jakoby "ukłon" w stronę starych wyjadaczy naszego ulubionego uniwersum - wielokrotnie pojawia się nazwisko "Shepard", nie zostaje wyjaśnione, w jaki sposób człowiek potrafi pokochać Asari itp. Z drugiej strony, duża część oczywistych faktów jest niepotrzebnie wyjaśniana (odczułem to, jako pewien rodzaj "zapychania" i tak już sporych dziur w fabule).

To wszystko dałoby się znieść, gdyby chociaż animacja stała na wysokim poziomie. Znane są przecież różne japońskie produkcje, które mimo swojej uproszczonej fabuły, zachwycają nas swoją oprawą wizualną. W Paragon Lost natomiast, postacie są pozbawione detali, na widok Krogan o mało nie udusiłem się ze śmiechu, a krajobrazy są maksymalnie uproszczone. Równie spłycone zostały także same postaci "elitarnego składu", a schemat przedstawia się następująco: technologiczny geek,pyskaty podrywacz z własnym slangiem, atrakcyjna, lecz twarda babka, dziecko - będące przykładem "typowego filmowego dzieciaka" itp.

Film nie jest jednak jedną wielką porażką. Na przyzwoitym poziomie stoi udźwiękowienie (chociażby dźwięki karabinów domyślnie występujące w grze), muzyka - choć nie tak chwytliwa jak w przypadku gry - również stanowi miły dodatek do całej tej "papki".

Dialogi między postaciami - jeśli nie są ściśle związane z fabułą - próbują zahaczać o komizm, lecz wychodzi to dosyć... płytko. Np.:

- Uważaj, Essex. Jeszcze Twoja ręka będzie zazdrosna.

- Nie pękaj, maleńka. To Twoja największa fanka.

Eh… jak inaczej można to skomentować?...

Klimatu, który znamy z gier, jest niewiele. Sporo broni i systemów defensywnych przedstawionych w Paragon Lost, nie występowało w pierwowzorze. Z całej gamy inteligentnych ras świata Mass Effect (poza ludźmi) widzimy tylko trzy: Krogan, karykaturalnych Vorcha oraz Zbieraczy. W filmie można również zauważyć całą masę nieścisłości związanych z grą. Przykładowo Cytadela, w grach ZAWSZE będąca jedynym obiektem w swoim układzie słonecznym, w filmie orbituje wokół planety podobnej do Ziemi. W jednej ze scen James rozmawia przez hologram z Liarą T'Soni, co stoi w sprzeczności z grą, w której po raz pierwszy w życiu spotkali się kilka miesięcy później na Marsie. Sala Rady Przymierza w Mass Effect 3 znajduje się w Vancouver, w anime zaś zlokalizowana jest na Cytadeli. Jednak najbardziej raził mnie w oczy fakt, że drużyna Vegi odnalazła na Fehl Prime substancję, która chroni przed atakami rojów Zbieraczy. Jak to możliwe, skoro z gier wiemy, iż Przymierze nie dysponowało żadnymi informacjami na temat Zbieraczy, którzy przez wielu traktowani byli jako legenda, ani tym bardziej ich rojów? Dopiero Mordinowi Solusowi, który dołącza do drużyny Sheparda w ME2, dzięki dobrze wyposażonemu laboratorium na pokładzie Normandii SR2 "ufundowanej" przez Cerberusa, udaje się opracować ulepszenie pancerza, dzięki któremu posiadacz jest ignorowany przez roje. Takich wybryków w filmie napotykamy więcej, co sugerowałoby, że prawdopodobnie scenarzysta jak i reżyser oraz animatorzy mieli dosyć ograniczoną wiedzę na temat uniwersum.

Mając na uwadze poprzednie anime stworzone na podstawie gier Electronic Arts, za Paragon Lost zabierałem się z dosyć sceptycznym nastawieniem. Miałem nadzieję na w miarę znośnie napisaną opowieść, rzucającą nieco kolorów na wprowadzoną w Mass Effect 3, potraktowaną po macoszemu postać Jamesa Vegi. Niestety, anime osadzone w moim najukochańszym uniwersum growym wypadło bardzo słabo. Nie polecałbym go oglądać osobom nieznającym gry, gdyż najzwyczajniej w świecie popsuliby sobie zabawę, jeśli kiedyś mieliby ochotę na ratowanie galaktyki wraz z Shepardem i ekipą wiernych przyjaciół. Nie polecam go również fanom tego uniwersum, gdyż nieścisłości i spłycenia fabularne względem gier, najzwyczajniej w świecie odrzucają.

Podsumowując, słaby film - zarówno SF jak i akcji - choć okraszony masą walk mniej lub bardziej widowiskowych. Jeśli jednak jesteś hard corowym fan boyem Mass Effect - film oglądasz na własną odpowiedzialność. Trudno uznać ten film za część kanonu, a biorąc po uwagę mierną oprawę audiowizualną i schematyczny scenariusz, trudno polecić tę produkcję nawet amatorom science-fiction i sensacji.