Amonkiro, panie myśliwych, spraw, aby mi ręka nie zadrżała, abym strzelał celnie i poruszał się szybko. A w najgorszym razie spraw, aby mi wybaczono.
-- Thane Krios, przed wykonaniem zadania.
Czytaj więcej...

Jedni odchodzą, drudzy wracaj...

Wraz z końcem lipca, nadejdą poważne zmiany w BioWare. Z f...

Czytaj więcej...

Patch 1.09 dostępny

Wczoraj na serwery weszła nowa łatka oznaczona numerem 1.0...

Czytaj więcej...

Fizyczność przy nagraniach j...

Przyszedł czas na ostatni wywiad z serii. Naszym i waszym ...

Czytaj więcej...

Vetra jest PERFEKCYJNA

Czołem Statusowe świry! Dziś przedstawiamy Wam przedostatn...

0123

Zbiór Opowiadań

23.08.2012, 19:22
Ocena użytkowników:  / 10
SłabyŚwietny 

powrót do strony głównej twórczości fanów.

1. Przebudzenie

autor: Havelock_Gravedigger

Ciężkie buty wzmacnianego pancerza typu N7 powoli uderzały o coś, co jeszcze przed kilkoma tygodniami można było nazwać chodnikiem spacerowym Cytadeli. W tej chwili okolica bardziej przypominała ponure pobojowisko i jedynie błyskające w oddali elektroniczne reklamy wciąż podtrzymywały wrażenie tętniącego życiem serca galaktyki. Człowiek w pancerzu czułby się znacznie spokojniej, gdyby po drodze natrafiłby na jakieś zwłoki. Ich brak pozbawiał go jednak pewności siebie. Był jednak żołnierzem i wielokrotnie zdarzały mu się sytuacje, w których musiał być zdany na siebie. Sęk w tym, że po tylu latach człowiek może wyjść z wprawy. Jego zmęczone, mętne oczy ostrożnie analizowały informacje podawane mu przez sensory po wewnętrznej stronie wizjera hełmu. Nie było to proste – szczególnie, gdy pot ograniczał jego pole widzenia. Co jakiś czas wydawało mu się, że dostrzega jakiś ruch – czy to pod stertą gruzu, czy pośród opustoszałych witryn sklepowych. Jednakże, kiedy tylko zwracał lufę swojego wysłużonego karabinu szturmowego w odpowiednim kierunku, przekonywał się tylko że to tylko przywidzenie. Na szczęście. W duchu dziękował, że Cytadela wciąż posiadała zasilanie i nie był zmuszony do poruszania się bez światła i mieszanki gazów zdatnej do oddychania. To ułatwienie jednak było niepokojące jeśli wziąć pod uwagę, że cokolwiek zaatakowało stację nie potrzebowało wcale pozbawiać jej systemów obronnych.

Tak. Byłby znacznie spokojniejszy, gdyby natknął się chociaż na jednego trupa. Człowiek w pancerzu musiał przyznać, że to najbardziej sterylna strefa wojny, na jaką zdarzyło mu się natknąć. Jedynym dźwiękiem, który urozmaicał jego własny oddech i kroki było wyjątkowo znajome nagranie, pozdrawiające go ilekroć mijał po drodze pozostałości jakiegoś bardziej ekskluzywnego sklepu.

Nazywam się Komandor Shepard – wołał radośnie męski, odtwarzany głos – a to mój ulubiony sklep w Cytadeli! Powtarzana w kółko wiadomość, odbijająca się echem po opustoszałych wnętrzach Cytadeli mogła z początku irytować, ale im dłużej Człowiek w pancerzu wędrował samotnie, tym bardziej wydawała mu się ona upiorna.

W końcu jego przemyślenia przerwała seria przerażających jęków. Nauczony wieloletnim doświadczeniem, błyskawicznie przyjął pozycję obronną i oddał kilka strzałów ostrzegawczych. Nie musiał długo czekać na efekty, wkrótce w jego kierunku zaczęła niezgrabnie sunąć grupa groteskowych istot, przypominających nieco chodzące zwłoki. To wystarczyło by pociągnął za spust, a wystrzelone przez niego wiązki energii prędko zmieniły napastników w dymiące, pokiereszowane szczątki. Samotny żołnierz prędko skręcił w lewo, w poszukiwaniu schronienia i niezwłocznie wtoczył się za ladę, która niegdyś służyła handlującemu tu Salarianinowi.

Nazywam się Komandor Shepard – odparła reklama, gdy jej czujniki wykryły potencjalnego klienta. Nie zdążyła jednak dokończyć przekazu, gdyż pojedynczy strzał zakończył żywot stacji zasilającej.
Człowiek w Pancerzu odetchnął cicho, powoli układając w myślach plan dalszego działania.
Zombie. Zmienili wszystkich w zombie, a to znaczyło samotną krucjatę przeciwko całej Cytadeli. Nie łudził się, żeby ktokolwiek poza nim mógł przeżyć. Jedyną opcją pozostawała ucieczka.
Musiał dostać się na statek – tak szybko jak się tylko dało.
Zerwał się na równe nogi i zaczął biec, próbując przypomnieć sobie dokładnie plan tego rejonu stacji. Za sobą słyszał już kolejne jęki i pomruki, oddał więc kilka strzałów, mając nadzieję że opóźni pogoń.

W pewnym momencie poczuł, że traci grunt pod nogami, a potężna fala uderzeniowa ciska nim o pobliską kolumnę. Krew zalała mu oczy, zbierając się do pionu wypluł na ziemię kawałki wizjera, by dostrzec skąd nadchodził atak. Jego napastnik nadchodził od strony południowej, spokojnym, wojskowym krokiem. Podobnie jak on ubrany był w pancerz typu N7, ale samotny żołnierz mógł być pewien że istota, która zmierzała w jego stronę nie była już człowiekiem. Zewsząd sterczały dziwaczne, powykrzywiane rurki, a skóra wydawała się być bezbarwna. Próbował strzelić, ale zaledwie delikatny gest jego przeciwnika wyrwał mu broń z rąk. Następnie poczuł jak jego ciało się unosi, jak gdyby niesione wyjątkowo silnym podmuchem wiatru, a następnie szybuje w kierunku potwora, na wysokość oczu. Metalicznych, pozbawionych resztek człowieczeństwa lampek, które ze stoickim spokojem lustrowały przerażoną, ociekającą krwią twarz ofiary.
Samotny żołnierz poczuł mocarny uścisk na swojej piersi.
Widać było, że istotę bawi zaistniała sytuacja. Otwór, będący kiedyś ustami wykrzywił się dziwacznie, żałośnie parodiując ludzki uśmiech.

Niespodziewanie, ta pokrętna hybryda człowieka i maszyny przemówiła, a jej słowa rozległy się w całej stacji.
Nazywam się Komandor Shepard, a to mój ulubiony sklep w Cytadeli.
Wtedy właśnie Kapitan David Anderson się obudził.

Mężczyzna usiadł gwałtownie na łóżku i otarł nadgarstkiem przepocone czoło.
Powoli wracała do niego świadomość. Śpiąca obok Kahlee Sanders zachrapała cicho, co mimowolnie przywołało uśmiech ulgi na jego strapionej twarzy. Ciężko było mu stwierdzić, która właściwie jest godzina, ale nie obchodziło go to zbytnio. Pospiesznie założył spodnie i narzucił na siebie szlafrok, a potem udał się na taras. Potrzebne mu było świeże powietrze, a przynajmniej jakiś jego substytut. W dole widział migoczące światła Cytadeli – życie toczyło się tam nadal, a jej mieszkańcy zajmowali się swoimi sprawami. Anderson zaklął szpetnie pod nosem, gdy dotarły do niego dźwięki znienawidzonej reklamy, dobiegające z pawilonu handlowego, który sąsiadował z apartamentowcem, w którym wynajmowali pokój.

Po niedługim czasie na taras wkroczyła zaspana Kahlee, zasłaniając sobie usta by powstrzymać potężne ziewnięcie.
- Znowu nie możesz spać? - spytała, uwieszając się ramionami na jego szyi i cmokając go w policzek.
Anderson uśmiechnął się krzywo.
- Ta cholerna reklama budziła mnie przez całą noc. Przypomnij mi, że mam sprzedać Shepardowi kopa za to, że się na to zgodził.
Następnie odwzajemnił pocałunek. Póki co wszystko było w porządku.
Wiedział jednak, że gdzieś tam, w oddali czekali Żniwiarze, a jego sen...
… nie, nie warto psuć chwili.

Stłoczeni w Mrocznej Przestrzeni, jednostka przy jednostce, ciało przy ciele.
Śnili.
Zagłębieni w odmętach swych binarnych snów, cyfrowych myśli.
Czekali.
Byli nieuniknieni.
Poza cyklem.
Jak proces, który musiał się dopełnić.
Wielu filozofów galaktyki twierdziło, że wszechświat może być jedynie snem szalonego boga.
Inni zaś uważali, ów szalony bóg również może się okazać czyimś snem.
Być może nawet snem Żniwiarzy.
Złożonym z zer i jedynek, które tylko oni potrafili uporządkować.
Może właśnie na tym polegała ich rola.

2.Błysk

Kolonia Górnicza na planecie Yunaca,
System Bahak

Eldak Had'mesah był dzisiaj w wyjątkowo parszywym nastroju. Trudno było się zresztą dziwić, generalne kontrole placówki rzadko wiązały się z czymś dobrym. Szczególnie, że jej oficjalna działalność okryta była tajemnicą, a częste wizyty inwestorów poważnie narażały dyskrecję jakiej potrzebował do sensownego rozdysponowania jej zasobami. Był jednak patriotą i chyba tylko dlatego zgodził się zostać zarządcą tak ryzykownego projektu. W końcu nawet jego batariańska duma dawała dojść do głosu zdrowemu rozsądkowi, kiedy zaproponowano mu na nieoficjalną eksploatację zasobów naturalnych Yunaci. „Nieoficjalna” w tym wypadku oznaczała „bez pytania Rady Cytadeli o zgodę”. Eldak miał świadomość, że jeśli coś poszłoby nie tak, inwestorzy zdołali by bezpiecznie usunąć się na bok, obarczając go całą winą za przedsięwzięcie.
A jednak było to opłacalne.
Yunaca była szczęśliwie tak bogata w cenne metale, że prawie dwukrotnie zwracała koszta związane z trzymaniem istnienia placówki w tajemnicy.
Póki co, wszystko działało jak trzeba.
Aby zaoszczędzić na personelu, do prac wydobywczych wykorzystywano ludzkich niewolników oraz boty starszego typu. Niektórym „dwuookom” mogło się to wydać nieetyczne, ale Eldak głęboko wierzył, że kultywuje jedną z najświętszych, batariańskich tradycji. Zresztą większość „zatrudnianych” górników została zgarnięta z ulic zapadłych dziur takich jak Omega, by nikt specjalnie nie upominał się po ich zniknięciu. Cała ta afera z wybuchem zarazy i antyludzkimi nastrojami była nadzwyczaj korzystna dla tego procederu.
I mimo że rzekomo źródłem tego całego syfu były Vorche, Had'mesah wciąż nie czuł się przekonany co do wersji podawanej przez media. Chciał wierzyć, że to co spotkało jego rodaków było robotą cholernych ludzi.
Jakaś część jego umysłu miała jednak świadomość tego, iż jest to tylko pobożne życzenie. Nawet ta przeklęta, ziemska kanalia miała w sobie wystarczająco dużo instynktu samozachowawczego, by rozegrać to lepiej.

Omiótł obiema parami oczu swój gabinet w poszukiwaniu szklanki, napełnionej wonnym alkoholem, który ostatnio namiętnie sprowadzał z Ilium, po czym sięgnął po nią by rozkoszować się delikatnym smakiem specjału.
Zastanawiał się, ile prawdy było w tym, co mówiły plotki.
O Żniwiarzach, wielkich maszynach czających się poza granicami galaktyki.
O Zbieraczach, będących ich narzędziami...
To mogły być efekty ludzkiej propagandy...
...gdyby nie fakt, że samo Przymierze stanowczo dementowało te pogłoski.
I jeszcze cudowne zmartwychwstanie Sheparda, który działał obecnie „nie-wiadomo-dla-kogo”.
Liczne źródła podawały Eldakowi sprzeczne informacje, a on coraz częściej łapał się na tym, że rozważa sytuację, w której Suweren faktycznie byłby potężną, obcą istotą. Zaledwie ułamkiem dużo potężniejszej armii.
Jeżeli nastąpiłby atak, gdzie byliby Batarianie?
Had'mesah uśmiechnął się ponuro.

Nawet jego patriotyzm nie był w stanie przyćmić zdrowego rozsądku.
Nie poradziliby sobie w pojedynkę.
Wystarczył jeden, by prawie rozgromić siły Cytadeli.
Przeciwko całej armii potrzebna byłaby znacznie większa siła ognia.
Spoglądał na swoje odbicie w tafli płynu.
W takiej sytuacji należałoby chyba odłożyć na bok dumę i stanąć ramię w ramię z resztą galaktyki.
Wszakże po przejściu takiej siły nie pozostałby nikt, kogo można by nienawidzić, a i status quo samych Batarian pozostałby wysoce niepewny.
Wzdrygnął się na samą myśl.
Na całe szczęście, pocieszył się w duchu, to tylko efekt odurzenia alkoholowego. Powinien chyba mocno ograniczyć procenty, bo wzmagały u niego jedynie niepotrzebną nerwowość.
Przypomniał sobie słowa byłej małżonki, gdy opuszczał ojczystą Khar'shan.
Jest w Tobie coś z cholernego sentymentalisty. Jeżeli tego nie zwalczysz, będą Tobą manipulować do końca.
Eldak wykrzywił się jeszcze bardziej i zbliżył się do okna, by poobserwować gwiazdy.
Cienka atmosfera Yunaci pozwalała obserwować ciała niebieskie przez cały dzień, co w wypadku
Had'Mesaha miało ogromne znaczenie.

Gwiazdy zawsze przynosiły mu ulgę.

W tej chwili spostrzegł na niebie nowy obiekt, jarzący się przyjemnym, błękitnym światłem.
Być może była to supernowa, która była dowodem tego że gdzieś daleko potężny, gazowy kolos dokonał swego żywota.
Był w tym jakiś niesamowity artyzm natury, który Eldak Had'Mesah podziwiał od dziecka.
Kiedy był jeszcze szkrabem, ojciec opowiadał mu, że po śmierci dusze batarian opuszczają ciała przez oczy i wędrują ku gwiazdom.
To właśnie czyniło ich lepszym od nędznych „dwuoków”, którym dana była jedynie ciemność i otchłań.
Co prawda Eldak nigdy nie uważał się za osobę specjalnie religijną, ale sama opowiastka wzbudzała w nim uczucie nostalgii.
I znowu ten cholerny sentyment.
Batarianin odchylił głowę do tyłu.
Najwyraźniej zaczynał się starzeć.
Na całe szczęście, eksploatacja Yunaci nie powinna trwać więcej niż kilka miesięcy. Za zarobione pieniądze miał zamiar powrócić na Khar'shan i zająć się pośrednictwem handlowym.
Tak, to by było dużo mniej stresujące, niż użeranie się z bandą ludzkiego ścierwa i stałymi nalotami niecierpliwych inwestorów.
...a właśnie.
Przypomniał sobie, że niebawem jego płatnicy mieli się tu zjawić, a on znowu miałby się z nimi użerać, tłumacząc że całego procesu nie można już bardziej przyspieszyć.
Kiedyś zdarzyło mu się słyszeć o pozornie idiotycznym zwyczaju ziemskich dzieci, które spoglądając nocą na ziemskie niebo, wypatrywały meteorów, spalających się w atmosferze, nazywanych „spadającymi gwiazdami”. Rzekomo zobaczenie takiego obiektu miałoby spełni wybrane życzenie.
Nie było nic wyjątkowego w spadających kawałkach kosmicznej skały, ale supernowa...
...tak, supernowa mogłaby spełniać życzenia.
Byłoby to dość poetyckie.
Eldak uśmiechnął się gorzko.
Jego jedynym życzeniem byłoby zakończenie tej niewdzięcznej pracy i wstrzymanie kontaktów z inwestorami, którzy coraz bardziej działali mu na nerwy.
Były to jednak marzenia ściętej głowy.
Batarianin dopił swój napój, po czym odstawił szklankę na biurko.
Przez chwilę poczuł, że ogarnia go dziwny rodzaj ekscytacji.
Powoli sięgnął po swój podręczny datapad i rzucił ostatnie, ukradkowe spojrzenie na przepiękne zjawisko za oknem.
Wtedy właśnie życzenie się spełniło.
Błękitne światło zalało całą Mgławicę Żmiji.
Niewypowiedziany krzyk milionów istnień w systemie Bahak ugrzązł gdzieś, nim został wyartykułowany.
Nie zostało nic, a brak zwłok oznaczał że dusza nie była w stanie odnaleźć drogi do gwiazd przez oczy.
Eldaka Had'Mesaha ta myśl trafiła z zaskakująco otrzeźwiającą siłą.
Być może dlatego, że była ostatnią rzeczą, jaką stworzył jego umysł, nim rozpłynął się w międzygwiezdnej pustce.
Poniesiono ofiarę.
Przybycia jednak nikt nie był w stanie zatrzymać.

3. Oddaję Kontrolę

Nigdy nie był sam. Całą egzystencję wypełniały mu Głosy, które lepiej niż on wiedziały, co dokładnie powinien czynić. Nie czuł się szczególnie wykorzystywany, wciąż towarzyszyła mu świadomość tego, że to właśnie jest mu pisane. Miliony niezrozumiałych myśli, tysiące haseł i informacji. Nie znał ich znaczenia, ale rozumiał, że istnieje jakiś ważny powód, dla którego przechowywane są w jego głowie. Powodzenie misji. Nieunikniony cykl. Proces. Po to właśnie istniał, był narzędziem w rękach nieposkromionej siły, działającej zgodnie z odwiecznymi prawidłami wszechświata.

Spokojnie patrzył, jak jego żołnierze umierają. Byli tylko pustymi, biologicznymi workami, które służyły mu za przedłużenie kończyn. Dosłownie.

Czasami Głosy w głowie życzyły sobie, by patrzył na świat z ich perspektywy. Wspólnie wnikali wtedy do umysłów mięsa armatniego jego armii, by mieć lepszy ogląd na sprawę. Nie było tam sprzeciwu, wątpliwości, czy zaskoczenia. Zwykłe schematy zachowawcze, służące jedynie wykonaniu zadania.

Właściwie, jakby się tak zastanowić, to inicjatywę przejmowały Głosy, on jedynie wpuszczał je do środka. A jednak patrzyli wspólnie, dwiema parami żółtych ślepi. Czuł także ból, kiedy umierali. Nic szczególnie doskwierającego – proste ostrzeżenie, mające za zadanie zwrócić uwagę na błędy w taktyce.

Na dłuższą metę nie rozumiał planów, jakie narzucały Głosy. Podporządkowywał im się jednak bez sprzeciwu. Nie można przerwać Cyklu.

Nie wiedział, czym jest Cykl.
Nie pytał.
Nie potrafił.

Głosy nie dawały mu czasu na refleksje. Wspólnie koordynowali przecież tak wiele rzeczy.
Razem. Zawsze.
Nigdy nie był sam.
Nie była mu znana nuda, zakłopotanie, czy brak zajęcia. Jego istnienie było perfekcyjne, skoordynowane, w pełni funkcjonalne.
Wszystko miało swój powód i funkcję. Marnowanie czasu było mu obce.
Jesteśmy Zwiastunem Waszego Przeznaczenia.
Wydawało mu się, że to właśnie mówiły Głosy do istoty którą miał schwytać.
Shepard.
Istota będąca tak zupełnym przeciwieństwem wszystkiego, co sobą reprezentował...
Krnąbrnie opierająca się czemuś, co przecież jest nieuniknione.
Marnująca swój czas na walkę z wrogiem, którego nie da się pokonać
Niedoskonała i krucha...
A jednak Głosy chciały ją mieć żywą.
Pierwszy raz w okresie swojego istnienia poczuł lekkie zdziwienie.
A także coś innego, przelotnego.
Bo w końcu, po co głosom Shepard, jeżeli mają Jego?
Człowiek wcale nie był potrzebny.
Nie podporządkuje się.
Jest zbędny.
...

To było dziwne.
Przez chwilę odczuwał niechęć związaną z doprowadzeniem zadania do końca.
Pewnie drobny defekt. Nieznaczący.
Zresztą, już wkrótce cel zostanie osiągnięty.
Istota, którą chciały dostać głosy, ośmieliła się zaatakować jego Gniazdo.
Dla stworzenia takiego jak Shepard było to samobójstwo.
On zaś miał dopilnować, by uszkodzenia były minimalne.
Zniszczenie Statku odrobinę go poruszyło. Nikomu przedtem się to nie udało.
Może jednak w tym człowieku było coś godnego uwagi.
Niemniej jednak czekała go przegrana.
LARWA JEST ZAGROŻONA.
Te słowa niemalże wypaliły się w jego systemie nerwowym, zmuszając go do mobilizacji wszystkich sił zbrojnych, na jakie stać było Gniazdo.
Larwa była Ważna.
Nie wiedział z jakiego powodu.
I czemu Głosy poinstruowały go, by budował ją na podobieństwo ludzi.
Wykonywał tylko instrukcje.
W tej chwili musiał jednak jego uwaga skupiona była na toczącej się w sercu Gniazda walce.
Kolejni żołnierze padali pod naporem wroga, a Larwa w jakiś sposób nie była w stanie sobie poradzić.
To tylko człowiek.
Przegrywali.
Mimo tego, że wszystkie logiczne przesłanki zdawały się temu zaprzeczać.
Najeźdźcy zniszczyli dzieło, które budował.
Uśmiercili Larwę.
Niedługo potem rozpętało się piekło.
Czuł ból, już nie przelotne ostrzeżenie, ale przeszywającą agonię, która przepełniała go za każdym wstrząsem, jakiego doświadczało Gniazdo.
Miotał się bez ładu i składu, próbując znaleźć sposób, by je ocalić.
Człowieku, niczego nie zmieniłeś. Twój gatunek przyciągnął uwagę kogoś nieskończenie większego.
Słowa nie były skierowane do niego, Głosy wydawały się nie zdawać sprawy z jego nędznej sytuacji. W myślach wołał je, błagając o pomoc.
Ci, których znacie jako Żniwiarze, są waszym zbawieniem przez zniszczenie.
Świat dookoła wirował, rozpadając się w symfonii ognia i eksplozji. On zaś wciąż pozostawał ignorowany.
Jego chitynowe odnóża żałośnie majstrowały przy panelach kontrolnych Gniazda, usiłując znaleźć jakiś sposób na jego ocalenie. W końcu potężna fala uderzeniowa cisnęła nim o konsolę, przez co zupełnie stracił równowagę.
Sprawiasz nam zawód. - powiedziano mu. - Znajdziemy inny sposób.
Resztkami sił spróbował się dźwignąć, i spojrzeć na hologram, wyświetlający się teraz ponad jego obliczem. W posępnej sylwetce Żniwiarza nie było nic, co mogłoby kiedykolwiek być zdolne do odczuwania współczucia.
Oddaję Kontrolę.
Cisza.
Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów słyszał tylko i wyłącznie swoje myśli. Nie było gotowych poleceń, instrukcji, celu. A jednak odczuwał strach.
Porzucono go, a on nie wiedział co ma czynić.
Bezradnie omiótł wzrokiem rozpadające się pomieszczenie.
Chciał coś powiedzieć, ale nie potrafił.
Pozostał tylko żal.
Żal, przed którym nic go nie powstrzymywało.
Rozpamiętywał to nowe uczucie zaledwie kilka sekund, by zniknąć w potężnej eksplozji, która raz na zawsze zakończyła istnienie Gniazda.
Na szczęście samotność nie była mu dana na długo.

4. Epilog

"And if I'm up there in that bar and you're not, I'll be looking down. I'll always have your back."

Ta noc była wyjątkowo upalna. Wszelkiego rodzaju robactwo łopotało irytująco skrzydłami, kiedy odbijało się od przygaszonej lampy. Mężczyzna rozwalony na łóżku miał ochotę po prostu wydobyć spod poduszki strzelbę i zakończyć żywot irytujących, małych stworzeń. Nie był jednak jeszcze na tyle pijany, żeby rozbić w ten sposób kolejną lampę. Cztery poprzednie stracił w podobny sposób. Sięgnął po butelkę whisky i chwiejnym krokiem wyszedł na ganek. Niebo było rozgwieżdżone, a widoczność ograniczała jedynie łuna światła pochodząca z pobliskiej aglomeracji miejskiej. Niespiesznie, z pomocą futryny, zerwał z butelki kapsel i popił solidnego łyka. W ostatnim czasie jego kubki smakowe były na tyle przepalone, że nawet nie zastanawiał się nad smakiem. Powoli opadł na leżak i skierował swoje zapuchnięte, przepite oczy ku niebu.
- Chyba trochę ostatnio przesadziłeś, stary. – mruknął do niego znajomy, wibrujący głos.
Mężczyzna poruszył się gwałtownie, unosząc nad siebie whisky niby to w geście obrony, ale szybko opanował się widząc znajomą sylwetkę w ciemności.
- Uprzedzaj mnie nim… zdecydujesz się mnie odwiedzić… - zdołał wydusić z siebie.
- Wybacz. Następnym razem przyniosę czerwony dywan. Podobno wy, ludzie, lubicie takie sprawy. – odpowiedział rozmówca.

Tajemniczy gość okazał się być Turianinem. Bogaty strój wskazywał na całkiem dobrą sytuację finansową. Bez zbędnych zaproszeń wkroczył do domu gospodarza, by po chwili wrócić z drugim leżakiem, który zaraz rozstawił na ganku. Następnie rozsiadł się wygodnie i zwrócił się ku ludzkiemu mężczyźnie.
- Wyglądasz okropnie. I mówi Ci to gość, który dopiero po dziesięciu latach zdecydował się na zoperowanie blizn.
Człowiek pociągnął kolejnego łyka z butelki.
- Pasowały do Twojego paskudnego ryja… czemu w końcu zdecydowałeś się trochę przykalibrować…?
Na twarzy obcego pojawiło się coś na kształt uśmiechu.
- Nie chciałem straszyć dzieciaków. Nie wiem co ją ostatnio napadło, ale próbuje mnie namówić, żebyśmy adoptowali trzecie…
Mężczyzna zaśmiał się słabo.
- Nie kłóć się z nią. To dobra dziewczyna… myślę, że powinieneś dać jej postawić na swoim. Jeśli mam być szczery mnie dzieciaki przerażają bardziej niż Twoje blizny... – gospodarz skrzywił się nieco. – Taki drobny uraz.
Turianin westchnął głośno.
- Wiesz jak głupio się czuje, kiedy muszę wszystkich okłamywać? Oni nadal nie pogodzili się z tym, że odszedłeś. Nadal uważają, że powinniśmy Cię szukać, a ja muszę zgrywać idiotę.
Człowiek machnął lekceważąco dłonią.
- Przejdzie im. – mruknął, po czym skierował swój wzrok ku gwiazdom. - Zresztą, nie chcę żeby mnie takiego oglądali…
Obcy pokręcił jedynie głową z niedowierzaniem i wręczył ludzkiemu mężczyźnie owiniętą w papier książkę.
- A więc jednak Liara i Javik ją ukończyli… - na twarzy człowieka pojawił się lekki uśmiech.
- Taa. Jeszcze chwila, a będziemy mieli gromadkę czworookich, małych asari. – Turianin zaśmiał się cicho.
- To chyba nie działa w ten sposób. – odparł mężczyzna odkładając książkę na stolik. Co jakiś czas nerwowo spoglądał ku cylindrycznemu obiektowi, widocznemu na rozgwieżdżonym niebie. – Po jaką cholerę oni odbudowali to cholerstwo?
- Widocznie ktoś, kto mógłby im powiedzieć o kosmicznym dzieciaku zginął tragicznie podczas eksplozji i nie mógł przekazać żadnych informacji.
Człowiek nie odpowiedział, pociągnął tylko kolejnego łyka z butelki.
- Zadbałem o to, żeby sprawdzili dokładnie każdy centymetr stacji. Nie znaleźliśmy żadnych śladów po SI, o której wspominałeś. Wydaje mi się stary, że musiałeś tam nieźle oberwać w głowę…
- I ty, Brutusie, przeciwko mnie…? – mężczyzna czknął i zachwiał się na leżaku.
- Słuchaj, może i próbowałbym Ci uwierzyć, gdybyś chociaż spotkał się ze swoją załogą. Nie sądzisz, że już trochę za długo rozpaczają po twojej śmierci?
Człowiek wyprostował się raptownie. Zdawać by się mogło, że za chwile rzuci się na Turianina z pięściami. Po chwili jednak jego oddech uspokoił się.
- Nie mogłem spojrzeć w twarz Jeffowi. Nie po tym wszystkim. – odparł słabym głosem.
- To nie była twoja wina. Przerabiamy to za każdym razem, kiedy tu jestem… - obcy przewrócił oczami.
- Podjąłem decyzję za wszystkich, rozumiesz? A co jeżeli nie była słuszna, co jeżeli zamiast pomóc wszystko spieprzyłem…?
Turianin spoliczkował człowieka brzegiem szponiastej łapy.
- Weź się w garść, do cholery. Było – minęło. Uratowałeś więcej istot, niż jakakolwiek inna osoba. Twojego nazwisko jest znane nawet Vorchom, a ty zamiast się z tego cieszyć, ukrywasz się tutaj i żyjesz jak menel. To nie jest ten dowódca, którego pamiętam. Kiedyś miałeś jaja i potrafiłeś zmusić nas żebyśmy poszli za Tobą w ogień, a teraz siedzisz na dupie i użalasz się nad sobą, jak przekwitająca samica Elkora.
Pijany człowiek patrzył teraz nieco przytomniej na swego dawnego przyjaciela. Z podkrążonych oczu sączyły się łzy.
- Wiesz co robię każdego wieczora? Siedzę tu ze strzelbą na kolanach i gapię się w niebo. Czekam, aż któryś przyleci.
- Nie przyleci. To już przeszłość. Wojna się skończyła. – Turianin westchnął i powstał z leżaka.
- …może. Ale wiesz… brakuje mi tego… - człowiek bełkotał, mamrocząc bardziej do siebie, niż do rozmówcy - wtedy… wtedy wszystko było prostsze. Wiedzieliśmy czego się od nas oczekuje. Nie mieliśmy szans, ale próbowaliśmy dokonać czegoś niemożliwego. Mieliśmy cel…
Obcy pokręcił tylko głową i odwrócił się plecami.
- Nie wiem, co oni Ci tam zrobili, ale póki sam nie będziesz chciał z tym walczyć, zawsze będziesz siedział na wojnie. I póki sam nie spróbujesz się z tym mierzyć, ja tu niewiele pomogę. Tę batalię musisz stoczyć samotnie komandorze.
Następnie w milczeniu opuścił ganek i prędko zniknął mężczyźnie z oczu.
Człowiek został sam z niedopitą butelką, robactwem wpadającym do domu i rozgwieżdżonym niebem.
Zanim ogarnęła go senność cały czas wypatrywał znajomego kształtu.
Kształtu, który kiedyś budził w nim lęk.
Teraz, po tych wszystkich latach miał nadzieję, że zobaczy go znowu.
W chwilach takich jak ta żałował, że wiele lat temu, kiedy przyszło mu dokonywać wyboru, po prostu nie strzelił do tego cholernego dzieciaka.