Potrzebna mi armia! Albo dobra ekipa...
-- Shepard
Czytaj więcej...

Jedni odchodzą, drudzy wracaj...

Wraz z końcem lipca, nadejdą poważne zmiany w BioWare. Z f...

Czytaj więcej...

Patch 1.09 dostępny

Wczoraj na serwery weszła nowa łatka oznaczona numerem 1.0...

Czytaj więcej...

Fizyczność przy nagraniach j...

Przyszedł czas na ostatni wywiad z serii. Naszym i waszym ...

Czytaj więcej...

Vetra jest PERFEKCYJNA

Czołem Statusowe świry! Dziś przedstawiamy Wam przedostatn...

0123

Za wszelką cenę

02.06.2012, 08:29
Ocena użytkowników:  / 4
SłabyŚwietny 

Powrót do strony głównej działu Twórczości Fanów.

"Za wszelką cenę."
autor: Willy

Prolog

Wydawało się, że powietrze wibruje od krzyków umierających. Medycy biegali po polu bitwy, pokryci krwią i kurzem, niosąc na plecach żołnierzy. Najczęściej tych przerażająco cichych, którzy nie mieli już siły by walczyć. Nawet strzały z ciężkiej broni i następujące po sobie domino wybuchów nie potrafiły zagłuszyć wrzasku umierających. On jednak najbardziej bał się ciszy, która opadnie na ten przedsionek piekła po bitwie. Ktoś szarpnął go za ramię, obrócił się. Twarz Elli wyrażała zniecierpliwienie, gniew:

- Mark, nie stój tak! Mieliśmy wspomóc Sheparda, cholera, nie zwiedzać! - kobieta wskazała na najmocniej ostrzeliwany bunkier. Dookoła wbudowanej we wzgórza struktury ścielił się dywan trupów. Z tej odległości nie potrafili ocenić kogo leżało tam więcej, żołnierzy Przymierza czy łowców niewolników. Mark skinął głową, mięśnie na mocno zarysowanej szczęce napięły się ze zdenerwowania.
- Ruszamy! - wydał rozkaz i razem ze swoim czteroosobowym składem zaczął systematyczny bieg od osłony do osłony. Pamiętał, że na szkoleniu nazywali go "odcinkowym". Kawałek po kawałku, od jednej kryjówki do drugiej. Biegnąc, rozpoznawali ciała niektórych żołnierzy. Dobrych, odważnych ludzi. Mark poczuł jak wzbiera w nim wściekłość, opanował się jednak. Emocje to jedna z kilku rzeczy których wolał unikać.
Kwadrans później znaleźli się już w centrum walk. Przywarli do sterty gruzu, obok kilkunastu innych żołnierzy.
- Meldujcie! - Elli usiłowała przekrzyczeć zgiełk bitewny. Starszy żołnierz z odznaczeniem kapitana przerwał wydawanie rozkazów i spojrzał na nią ostro:
- Komu?! - odkrzyknął.
- Mark Cabro, SFORA! - postawny żołnierz o wściekle fioletowych oczach stanął przed niższym stopniem kolegą.
- Jakub Olszewski, dywizja "Husaria", oddział Polski! - zasalutował tamten zdając sobie sprawę z kim ma do czynienia.
- Słyszałem – mruknął z uznaniem krępy rudzielec stojący za Markiem – Twarde sukinsyny.
- Meldujcie, Olszewski! - Elli z trudem wymówiła nazwisko dowodzącego „Husarią”.
- Nie ponieśliśmy strat jednak silny ostrzał wroga nie pozwala nam się zbliżyć, sir! Od godziny utrzymujemy pozycję, sir!
- Gdzie jest Shepard?!
- Zdołał przeniknąć do bunkra razem ze swoim oddziałem! Zostaliśmy jednak odcięci od nich kiedy wróg przejął pozycje na przednich barykadach!
- Kto, kurwa, miał bronić tych pozycji? - ryknął Cabro, rozzłoszczony straceniem kluczowej pozycji.
- Oddział „Szwecja”! - zameldował Polak – Wszyscy nie żyją – dodał, widząc miny członków SFORA.
- Dobra, Olszewski, oto plan – ryknęła Elli. Kapitan spojrzał zdziwiony to na nią, to na Marka. Była to dość częsta reakcja. SFORA miała system podwójnego dowództwa a niewielu żołnierzy o tym wiedziało.
- Wy i wasz oddział zapewnicie nam wsparcie ogniowe, kiedy SFORA spróbuje przeniknąć do bunkra za Shepardem! - kobieta zignorowała reakcję Olszewskiego – Proste i klarowne?
- Tak jest, sir!
- To do roboty!

Uczestniczyli już w takich walkach. Twardy i nieustępliwy przeciwnik, bombardowanie, które sprawiało, że broń trzęsła się w rękach, szaleńcza szarża z nadzieją, że wróg ustąpi. Cabro wymierzył z ciężkiego karabinu, nacisnął spust. Dwóch łowców padło martwych, Misiek natychmiast zajął ich pozycje. Niski wzrost oraz ciemny kolor skóry sprawiały, że nawet w mocnym świetle księżyca ciężko było go dostrzec. Z lewej strony Elli biotycznym uderzeniem posłała kolejnego wroga w powietrze, sekundę później jego głowa eksplodowała kiedy krępy rudzielec przymierzył ze snajperki.

- Nieźle, Jerry! – krzyknęła biotyczka, szturmując niedobitków próbujących uciec przed morderczą SFORĄ. Snajper skinął tylko głową i zajął się osłanianiem jej tyłów.
- Dobrze nam idzie – stwierdził Misiek, kiedy Mark dołączył do niego koło schodów do bunkra. Rozejrzał się próbując ocenić sytuację. „Husaria” przygwoździła przeciwnika na zachodnim krańcu okopów, odbijając jeden po drugim. Mieli teraz czysty teren – mogli wkroczyć do bunkra i wspomóc Sheparda, jeśli jeszcze oddycha. Odczekali aż Elli razem z Jerrym dołączą do nich.
Chwilę później stali już przy wejściu do podziemnej bazy wroga.
- Dbajcie o siebie nawzajem, oczy szeroko otwarte a wyjdziemy z tego w jednym kawałku – upomniał wszystkich Cabro.
Biotyczka wywróciła oczami:
- Nie zanudzaj, braciszku. Damy radę, jak zawsze! - klepnęła go po ramieniu tak, że prawie upadł. Był pewien, że będzie od tego siniec. Elli znana była z wielkiej siły nad którą często zapominała panować.
- O ile nie zaczniesz nas klepać po tyłkach to na pewno – dodał od siebie Misiek szczerząc zęby. Jerry milczał jak zawsze, uśmiechając się tylko półgębkiem.
Wspólnie wkroczyli do bazy przeciwnika.

*** Osiem lat później ***

Mark Cabro obudził się. Leżał nieruchomo przez kilka chwil, mając przed oczami ostatnie sceny z jego snu. Śmierć każdego z członków starego oddziału, krzyk Elli. Kolba wyskakująca znikąd, zwalające z nóg uderzenie. A potem nagle pojawił się młody Shepard, mając do wyboru ratować Marka albo Elli.

Źle wybrał.

Usiadł na łóżku, odganiając senne majaki. Tradycyjnie zaczął dzień od muśnięcia kolejno trzech nieśmiertelników wiszących na ścianie. Następnie spojrzał w lustro, jak co rano oglądając swoją twarz wykrzywioną przez poczucie winy. Zmieniła się od czasu Torfanu. Szczęka wraz z wydatnym podbródkiem oraz szczupłymi policzkami ukryły się pod starannie pielęgnowanym zarostem. Razem z krótko przyciętymi włosami zdradzał pierwsze oznaki zaawansowanego wieku, pasemka siwizny przeplatające się z czernią. Bruzdy dookoła krzywego nosa i zmarszczki przecinające czoło dodatkowo postarzały go o kilka lat. Nawet blizna na skroni wydawała się starzeć. Jedynie oczy się nie zmieniły – fioletowe, błyszczące, kalkulujące świat spod krzaczastych brwi. Oderwał wzrok od lustra kończąc tym samym codzienny rytuał.

Po porannej toalecie i śniadaniu wyrzuty sumienia zniknęły, zastąpione przez poczucie obowiązku. Gdy włożył swój stary kombinezon pozwolił sobie nawet na lekki uśmiech, z radością myśląc o zbliżającej się pracy. Pozwalała mu oderwać się od wspomnień, poczuć się znów potrzebnym. Był zresztą dobry w byciu dowódcą ochrony niewielkiej kolonii na obrzeżach Galaktyki. Założył kaburę, schował do niej pistolet i wyszedł z domu.

- Witaj Lily – jego wąskie usta wygięły się w uśmiechu na widok starszej szatynki czekającej pod drzwiami. Spod bujnej czupryny łypnęły na niego zielone oczy:
- Czołem, Mark – odwzajemniła uśmiech, wpychając mu jednocześnie w ręce niewielki pojemnik: - Z bekonem. Organicznym, jak zawsze.
- Ile razy ja ci powtarzałem, że nie musisz mi dziękować? - Cabro próbował udawać rozgniewanego, przyjął jednak kanapki ani myśląc ich oddać.
- Za dużo. Chodź, odprowadzę cię na posterunek – ruszyli razem w stronę centrum kolonii. Większość domów była niedokończona – z niektórych pięter wystawały żebra rusztowań, część robotów czekała nieruszona w miejscu aż praca znów ruszy. Kilka sklepów nadal świeciło pustkami, czekając na zapasy.
- Granica wolno się rozwija – stwierdziła Lily, widząc gdzie patrzy Mark. Przytaknął jej:
- Nic dziwnego. Jesteśmy najdalej wysuniętą kolonią na północ, niewielu chce tutaj mieszkać. A dwustu mieszkańców nie starczy by zająć się wszystkim. Na szczęście zapasy są przysyłane regularnie.
- Och, bez ciebie byłoby znacznie gorzej. Potrafisz wrzeszczeć na kolonizatorów – kobieta zatrzepotała rzęsami. Były żołnierz westchnął, pokręcił głową:
- Nie – powiedział twardo. Jego stalowy, mocny głos sprawiał, że ludzie rzadko mu się sprzeciwiali. Była to również zasługa jego przeszłości, przywykł do wydawania rozkazów.
- Ale czemu?! - szatynka zareagowała oburzeniem - Poza tym, skąd wiesz?
- Junior mi wczoraj powiedział – wzruszył ramionami, jakby wyjaśniał coś oczywistego:
- Ile razy mam ci mówić, że Mako nie służy do wypadów nad Oazę? – spytał ostro.
- Tylko raz! No proszę, Julia zawsze chciała zobaczyć Oazę!
- To zbyt niebezpieczne, a ja nie mam ludzi... - urwali, widząc Toma, miejscowego terraformologa, który wystawił głowę z okna:
- Siemanko, Mark! - zaszczebiotał i zniknął nim zdążyli chociaż odpowiedzieć. Odeszli kawałek od jego domu, skręcając obok sklepu z odzieżą. Przed nimi widać już było magnetyczne drzwi prowadzące do posterunku ochrony.
- Dziwak – stwierdziła Lily gdy już była pewna, że Tom ich nie słyszy.
- Ale przydatny. Połowa warzyw i owoców jest z jego cieplarni. Zeszli z metalowych platform, zimny, suchy piasek zatrzeszczał pod ciężkim butami żołnierza.
- Tak, tak. Wiem – nadąsała się. Wiedział, że myśli jak go przekonać. Stanęli przy drzwiach do strażnicy, szatynka zrobiła obrażoną minę patrząc na niego w wyrzutem.
- No, nie bocz się – mruknął – Może w przyszłym tygodniu uda mi się załatwić „wyjazd patrolowy”. Mała poczeka jeszcze tydzień? Wiem, że urodziny miała wczoraj, ale... – urwał w pół zdania, zamarł kiedy kobieta uściskała go lekko:
- Dziękuję. Julia poczeka, kupię jej coś – powiedziała miękko.
- Tylko zrób mi jutro kanapki – mrugnął do niej wesoło i odprowadził wzrokiem, aż zniknęła w sklepiku Morgana by kupić córce prezent. To był jedyny w pełni funkcjonalny sklep w okolicy, prowadzony przez starego krawca. Obecnie robił zabawki dla dzieci – i bardziej je rozdawał niż sprzedawał.

Stał tak przez chwilę, rozważając jak zabierze Lily i jej córkę nad Oazę, dopóki nie usłyszał jak ktoś skrada się za jego plecami. Odwrócił się powoli.

- Sanchez – przywitał niskiego Latynosa z bujnymi, zakrzywionymi w dół wąsami. Ten zamarł w pół kroku, przykucnięty i podniósł głowę:
- Mark – burknął, zawiedziony, że nie udało mu się podkraść. Nie wyprostował się jednak. Rzucił okiem na sklep w którym zniknęła przyjaciółka Cabro:
- A ty nadal nie potrafisz jej poderwać?
- Ja nie chcę jej poderwać – wycedził dowódca straży mrużąc oczy – Nie masz czasem jakiejś roboty?
- Nie – Latynos znów zerknął na sklep, odmachał Lily niosącej wielkiego pluszaka – Spojrzała na twój tyłek! Leci na ciebie! - Mark wycelował palcem w stronę generatorów wznoszących się kilkaset metrów za miastem, na skraju pustyni:
- Za godzinę chcę mieć włączone tarcze anty-słoneczne i stabilizatory grawitacyjne. A wracając z powrotem zajdziesz do Rusaka. Podobno to dziwne drzewo zwaliło mu się na oczyszczalnię – Sanchez skrzywił się, poruszył wąsami. Nawet jeśli miał ochotę się kłócić to szybko mu przeszło gdy zobaczył stalowe spojrzenie swojego przełożonego. Mruknął pod nosem coś bardzo przypominającego „dupek” i odmaszerował we wskazanym kierunku.
Mark Cabro pokiwał głową, zadowolony. Dzień zaczął się dobrze.

***

Quarianka pozwoliła sobie zrobić kilka kółek promem zanim w końcu wylądowała przy wylocie jaskini, pewna, że teren jest bezpieczny.
- Nadal nie wierzę, że to robimy – lampa na hełmie umieszczona na wysokości ust błyskała z każdym jej słowem. Odwróciła się, skierowała świecące za szybą oczy na swojego towarzysza.
Drell rzucił jej wesołe spojrzenie:
- To uwierz, Ral! Będziemy bogaci! - jego lekki acz chrapliwy głos wyrażał podniecenie i dziecięcą ekscytację.
- Jasne, Ajos. Słyszałam to ostatnim razem. I przedostatnim. I przed-przed ostatnim... - zakpiła Quarianka.
- Obiecałem już – drell nazwany Ajosem skierował swoje ciemne, niemalże czarne oczy na towarzyszkę. Jedynie złote tęczówki błyszczały w świetle słońca.
- Obiecałem, że jeśli tym razem się nie uda porzucę polowanie na artefakty. Zajmę się... ja kto nazwałaś? Och, tak! „Uczciwą robotą” - prychnął. Ral'Tori narr Elen roześmiała się głośno, jej na wpół syntetyczny głos wypełnił na moment cały prom. Szarobłękitne łuski na twarzy drella poruszyły się, jego twarz złagodniała na dźwięk jej śmiechu.
- Ajosie Velo, żartowałam, głupku! – wykrztusiła w końcu, nadal chichocząc – Ty i „uczciwa robota”! Najpierw polowaliśmy na stworzenia, które nawet nie istnieją! Potem szukaliśmy śladów Lewiatana z Dis na zlecenie salariańskich świrów! A teraz od paru miesięcy tropimy zaginione światy i artefakty! Uuu, fascynujące! A mogliśmy zostać na Kahje...
- Kiepski żart – przerwał jej wywód Ajos – A na Kahje jest nudno. Poza tym nie widziałaś książek tego hanara! Mam je tutaj! - wyciągnął z niewielkiej torby kilka skradzionych tomisk.
- Nigdy nie zrozumiem czemu ktoś wolał pisać na papierze niż na komputerze – stwierdziła Ral, całkowicie ignorując fakt, że są skradzione:
- Poza tym skąd wiesz, że te książki mówią prawdę? Opisują światy sprzed kilkuset lat!
- Och, nie znasz tych meduz tak samo jak ja. Zawsze piszą w książkach prawdę. To dlatego ich literatura jest... nudna. A teraz ląduj wreszcie, ile będziesz się gapić na głupie słońce!
- Jest ładne – Quarianka zerknęła raz jeszcze na gwiazdę ze spiralnymi ramionami. Było to złudzenie optyczne, ramiona to w gruncie rzeczy pole magnetyczne, widoczne tylko dzięki spalaniu się uwięzionych w nim gazów i pyłów. Mimo to widok zapierał dech w piersiach, co nie uszło uwadze jej towarzysza.
- Widzę, gdzie patrzysz – szepnęła zalotnie. Odwrócił wzrok, udając zawstydzonego:
- Jest na co – mruknął. Nie odpowiedziała lecz mógłby przysiąc, że zarumieniła się pod hełmem, zadowolona.
Gładko wylądowała na skałach, tuż koło wejścia do ogromnej pieczary.
- Atmosfera? - zapytał ją, niepewny czy ma założyć maskę.
- W porządku. Można oddychać, chociaż grawitacja jest większa niż jeden-zero. Postaraj się nie skakać za dużo. Trochę dużo jak na księżyc – wstała z miejsca i poprawiła swój kombinezon na który składało się kilka porwanych koców, kolorowe chusty i quariański skafander. Najbardziej zadbaną i jednocześnie najważniejszą dla niej częścią garderoby była broszka w kształcie motyla, prezent od Ajosa po jednej z nielicznych udanych wypraw w poszukiwaniu nieznanych technologii. Kamienie, którymi były wysadzone skrzydła owada skrzyły się w promieniach słońca niczym małe gwiazdy.
Gdy tylko drzwi promu się uniosły, drell wybiegł i popędził w stronę jaskini z tym samym, szczeniackim okrzykiem co zawsze:
- To po skarby!
- Idiota – westchnęła Ral, zabierając ze sobą strzelbę, która pewnie pamiętała jeszcze Rebelie Krogańskie. Mimo to potrafiła odstrzelić łeb varrenom więc mimo starego systemu chłodzenia, Quarianka brała ją na każdą wyprawę.

Ajos Velo wbiegł do jaskini, obejrzał się na towarzyszkę:
- Szybciej! - ponaglił ją. Jego głos poniósł się echem w głąb jaskini.
- Przestań się drzeć – skarciła go ostro, podchodząc:
- Nie wiemy co tu mieszka, a nie mam ochoty na powtórkę z miażdżypaszczą – włączyła latarkę i poświeciła po ścianach. Nie zauważyła gigantycznych pajęczyn, jaj, śluzu ani niczego co wskazywałoby, że coś zamieszkuje to miejsce. Mimo to postanowiła, że będzie miała oczy i uszy otwarte. Ajos walczył świetnie, jak większość drelli, jednak często postępował nieostrożnie. Gdyby nie ona już kilka razy skończyłby w brzuchu jakiejś bestii.
- Tak, mamo – sarknął. Przez chwilę grzebał w omni-kluczu by uruchomić latarkę. Chwycił ją za dłoń i razem zaczęli schodzić coraz niżej.
Nie wiedzieli ile czasu już schodzą w dół. Dość szybko napotkali pierwsze oznaki, że ktoś tutaj kiedyś mieszkał. Wzdłuż ścian biegła nieużywana sieć kanalizacyjna, znaleźli również kilka zniszczonych urządzeń przypominających komputery. Wszystkie były wbudowane bezpośrednio w skałę. Tajemnicą było również źródło ich zasilania – nie znaleźli żadnych przewodów ani niczego, co przypominałby akumulatory. Nie potrafili również rozpoznać run, którymi były pokryte. Nawet drell, który naoglądał się artefaktów z symbolami protean nie potrafił ich w żaden sposób dopasować.
- Może to jakiś dialekt – stwierdził w końcu. Dalej napotkali na sieć pustych pomieszczeń, nie znaleźli w nich jednak niczego godnego uwagi. Miejsce musiało zostać opuszczone lub ograbione.
- Z pewnością to jakieś odkrycie – Ral próbowała pocieszyć przyjaciela, którego zaczęły nękąć wątpliwości.
- Taa – odburknął tylko.
Gdy już stracili nadzieję na znalezienie czegokolwiek, w ostatniej części podziemnego kompleksu odkryli ogromną, idealnie kulistą jamę wypełnioną owalnymi tubami. Każda z nich pomieściłaby spokojnie dorosłego kroganina. Między nimi, na ścianach, widniały gigantyczne malunki ciągnące się do wystającej ze sklepienia trzydziestometrowej anteny. Jej czubek znajdował się ponad piętnaście metrów ich głowami.
- To cmentarz? - szepnął drell przygwożdżony atmosferą niezwykłego miejsca. Podszedł do jednej z tub, dotknął jej – materiał przypominał stal, tylko bardziej szorstką i chropowatą. Ral tymczasem poświeciła na freski. Nie potrafiła stwierdzić co rysunek przedstawia – widziała tylko masę zieleni przeplataną z długimi białymi ramionami.
- Będziemy cholernie bogaci – wyszeptał błogo Ajos, badając potencjalne trumny. Po lewej ujrzał jeden z terminali, które napotkali wcześniej. Ekran połyskiwał słabo.
- Zobacz! - wskazał ręką na urządzenie. Ral spojrzała we tym kierunku, skinęła lekko głową. Razem podeszli niepewnie do komputera, jakby się bali, że wybuchnie gdy ktoś naruszy jego prywatność. Wydawał się z siebie nieprzyjemny szum, ekran przedstawiał jakąś postać. Kierowany ciekawością, drell kliknął parę przycisków nie zważając na ostre protesty przyjaciółki. Przez moment nic się nie działo, a potem oboje podskoczyli ze strachu, kiedy z dysku komputera wysunął się czarny prostokącik.
- Wygląda jak coś w rodzaju nośnika danych – stwierdziła quarianka, zdziwiona.
- Bierzemy! - uśmiechnął się Velo i chwycił ostrożnie za czubek. Urządzenie było zaskakująco ciężkie, zdołał je jednak wyciągnąć i schować do torby Ral. Gdy tylko opuściło komputer, ten zgasł jakby ktoś wyciągnął wtyczkę. Odwrócili się i zamarli w jednej sekundzie, widząc samotną postać stojącą dokładnie pod zwisającą z sufitu anteną.