Miło mi, że zagłada całego organicznego życia w galaktyce może przyczynić się do twojego awansu.
-- Tali’Zorah nar Rayya
Czytaj więcej...

Jedni odchodzą, drudzy wracaj...

Wraz z końcem lipca, nadejdą poważne zmiany w BioWare. Z f...

Czytaj więcej...

Patch 1.09 dostępny

Wczoraj na serwery weszła nowa łatka oznaczona numerem 1.0...

Czytaj więcej...

Fizyczność przy nagraniach j...

Przyszedł czas na ostatni wywiad z serii. Naszym i waszym ...

Czytaj więcej...

Vetra jest PERFEKCYJNA

Czołem Statusowe świry! Dziś przedstawiamy Wam przedostatn...

0123

Mass Effect River

02.06.2012, 08:03
Ocena użytkowników:  / 8
SłabyŚwietny 

Powrót do strony głównej Twórczości Fanów.

"Mass Effect River"
autor: MestGrayknight

Mest obserwował dokujące okręty. Nosił czarny, lekki pancerz, był dość blady, miał czarne krótkie włosy, szare oczy i gładkie rysy twarzy. Szczerze nienawidził Omegi. Obrzydzeniem napawała go zarówno architektura jak i zdecydowanie gorsi, mieszkańcy stacji. Nie mógł bardziej gardzić Batariańskimi łowcami niewolników, piratami, mordercami czy dilerami. Przez chwilę zastanawiał się czy będzie musiał umyć pancerz po powrocie na statek, ale stwierdził iż i tak by mu się nie chciało. Spojrzał na należący do jego dowódcy okręt, wydawał się tak daleko, mimo iż dzieliło go od niego jakieś pięćset metrów. Była to bardzo stara Turiańska fregata, która zakończyła służbę w armii niemal pół wieku temu, a została skradziona nim rozebrano ją na części. Dzielny statek miał potencjał, właśnie dlatego był stale odnawiany i modyfikowany. Mest z czystej nudy sprawdził broń, miał przy sobie tylko ciężki pistolet Carnifex. Normalnie wykorzystywał do walki również Windykatora, ale uznał iż karabin za bardzo rzucał by się w oczy. Nasłuchał się już historii jak to nierozważni awanturnicy uzbrojeni po zęby, byli zabijani by potem można było sprzedać ich broń. Mest należał do małej grupy nazywanej „River”. Zajmowali się głównie ochronom handlarzy w „gorących” rejonach galaktyki. Oparł się o ścianę zerkając na wejście do klubu „Zaświaty”, będącego siedzibą królowej Omegi. Przez chwilę z rozbawieniem patrzył na kolejkę ale ostatecznie jego myśli znów powróciły do tematu Żniwiarzy. Ostatnimi czasy spędzał na rozmyślaniu o nich sporo czasu. Starał się zachować neutralność w stosunku do tej teorii, jednak im dłużej słyszał o dziwnych rzeczach dziejących się w galaktyce, tym mocniej w nią wierzył. Jakoś nie mógł uwierzyć by zbiegiem okoliczności był atak na Eden Prime oraz cytadele, a potem ataki na ludzkie kolonie. Do tego dochodziła jeszcze sprawa zniszczonego układu Batarian i rzekomo zbudowany przez Gethy Suweren. Myślał o tym jakby wyglądała walka ze żniwiarzami, normalnie nie miał nic przeciwko walce, normalnej wymianie ognia. Ale walka z martwymi ciałami kompanów oraz zindoktrynowanymi biedakami którzy utracili własny rozum i wolną wolę , nie była normalna. W głębi duszy bał się tego, przerażała go myśl iż może stać się jak te zombie Getów z Eden Prime, lub bezmózgi pistolet strzelający w to co mechaniczny pan karze strzelać.

Jego rozmyślania przerwało nagłe pojawienie się Vrouna, Turiana będącego dowódcą drużyny. Towarzyszyła mu Kesla, Asari pełniąca rolę jego zastępcy. Mest uśmiechnął się lekko ich widząc, jednak nie widzieli tego ze względu na jego hełm. Zauważył Batarianina idącego w ich stronę. Miał na sobie pancerz Błękitnych Słońc, co samo w sobie zwiastowało kłopoty. Niemal od razu spostrzegł pozostałych członków jego organizacji. W sumie było ich siedmiu wliczając w to czterookiego. Reszta jego kompanów była mniej więcej trzydzieści metrów dalej, podzielona na dwie trójki, obstawiające możliwe drogi ucieczki. Batarianin był bez hełmu co świadczyło o jego pewności siebie i głupocie.
- Vroun? Nasz dowódca chce się z tobą widzieć – odparł tonem dającym do zrozumienia iż nie żartuje.
- Nie wydaje mi się – stwierdził Turianin. – Jeśli ma do mnie sprawę, niech pofatyguje się tu do mnie osobiście.
- To twoja ostatnia szansa. – Odrzekł sięgając ręką po pistolet.

Cała trójka wiedziała do czego to prowadzi. Ostatnio faktycznie natknęli się na Błękitne Słońca w trakcie ochrony jednego z Voluskich kupców. Padły strzały, i jak często w takich sytuacjach bywa, były trupy. Mimo to nie spodziewali się iż Błękitni będą tą sprawę roztrząsać. W końcu śmierć była dla nich ryzykiem zawodowym. Mest wykorzystał to iż Batarianin był skupiony na jego dowódcy, błyskawicznie chwycił pistolet. Był leworęczny, i stał na uboczy dzięki czemu ruch był niemal niezauważalny. Uderzył czterookiego i korzystając z zamroczenia prawą ręką złapał go za ramię i lekko obrócił, tak by odwrócić go w kierunku jednej z drużyn pilnujących wyjścia. Vroun i Kesla błyskawicznie zareagowali, cofnęli się za osłony, chwycili broń i otworzyli ogień do najemników, którzy najbardziej zagrażali Mestowi. Człowiek złapał Batarianina za gardło podduszając go, wymierzył z broni do Człowieka w niebieskim pancerzu i nacisnął trzy razy na spust. Nie był strzelcem wyborowym, ale wiedział iż przynajmniej jeden pocisk trafi. W tym wypadku trafiły dwa, i o ile jeden zatrzymał się na tarczach to drugi przewiercił się przez hełm. Następny był Turianin, schował się za osłoną gdy Mest do niego wymierzył, a jego kompan posłał dość celną serię. Tarcze lekkiego pancerzu nie były mocne, nie zdziwiło go to iż padły. Zareagował błyskawicznie, posłał w kierunku strzelca kilka pocisków jednak tylko jeden trafił, raniąc go rękę. Turianin wychylił się z za osłony i kilka razy nacisnął na spust niemal za każdym razem trafiając w Batarianina, którego Mest wykorzystywał w charakterze tarczy. Puścił bezwładne ciało chcąc się wycofać, jego miejsce zajęli Vroun i Kesla którzy uporali się już z pozostałymi najemnikami. Mest ukrył się za osłoną czekając aż tarcze się zregenerują. Pozostali przy życiu przeciwnicy wycofali się. Cała potyczka trwała jakieś dwadzieścia sekund. Niemal od razu gdy się skończyła z Zaświatów wybiegło kilku strażników. Bez wątpienia Arie sfrustrował fakt iż ktoś urządził jatkę przed jej miejscem. Ci którzy byli już na zewnątrz gdy potyczka się zaczęła, wyszli z za osłon.

Również ci którzy próbowali się dostać do Zaświatów wrócili do kolejki. Vroun uniósł ręce w dość jednoznacznym geście i ruszył do królowej się tłumaczyć, a Mest i Kesla w tym czasie, zbierali rzeczy zabitym wrogom. Zdobyli dość pospolite uzbrojenie i kilka kredytów. Po czym obwieszeni bronią poczekali na Vrouna przed wejściem do „pałacu Arii”. Wyszedł po kilkunastu minutach, w dość dobrym humorze co oznaczało iż udało mu się zrzucić cała winę na Błękitne Słońca. Już po chwili byli na pokładzie swojego statku, „Kapłana”. Oczywiście jego nazwa była swobodnym tłumaczeniem z Turiańskiego.

Jak tylko opuścili Omegę, Vroun dał rozkaz lotu na Cytadele. Statek miał być tam odnowiony. Gdy docierali do Przekaźnika Turianin zebrał wszystkich ważniejszych członków załogi na naradę, do sali łączności. Pojawiła się tam, poza Vrounem Keslą i Mestem, pełniąca rolę pierwszego oficera i głównego mechanika na statku Quarjanka o imieniu Dassi. Odbywała pielgrzymkę i w zamian za jej pracę Vroun obiecał kupić jej używany frachtowiec. Poza nią w pomieszczeniu byli dwaj ludzie Clase i Michel będący członkami zespołu naziemnego, oraz Salarianin Igan, który zajmował się głównie naprawą oraz konserwacją pancerzy i broni. Zebranie dotyczyło tego co zwykle, poszczególnych zleceń, ich opłacalności i ryzyka. Mest rzucił kilka luźnych uwag ale w przeciwieństwie do reszty wstrzymał się od głosu co do przyszłych zadań. Po mniej więcej pół godzinnej rozmowie się rozeszli. Oczywiście ostateczny głos należał do Vrouna jednak zawsze uwzględniał on zdanie swoich podkomendnych. Gdy dotarli na Cytadele wszyscy dostali kilkanaście dni wolnego. Renowacje miały trwać niemal dwa tygodnie, przez które większość poziomów miała być niezdatna do zamieszkania. Mest zszedł z okrętu chwilę po tym jak weszły na niego ekipy techników. Wziął ze sobą większość rzeczy, zostawiając na Kapłanie jedynie parę drobiazgów. Od razu ruszył do hotelu, załatwił sobie pokój w którym się rozgościł. Dopiero teraz zdał sobie sprawę iż cały czas ma na sobie pancerz. Był zmęczony i niemal od razu położył się spać.

Nic mu się nie śniło, ale gdy się obudził, nie był wypoczęty. Przez chwilę zastanawiał się, myślał o osobach które zabił. Zarówno Błękitnych Słońcach z Omegi jak i o każdej innej osobie z którą był zmuszony walczyć. W sumie zabił czternaście osób, zawsze w obronie własnej. Wniosek zawsze był ten sam. On się bronił, nie miał wyboru. Po za tym, ci których zabijał nie zasługiwali na życie. Jednak jakaś jego cześć się z tym nie zgadzała, chciała by dał sobie z tym wszystkim spokój, zupełnie jakby próbowała zrobić z niego kochającego pokój farmera. Jednak ten kawałek jego osoby dochodził do głosu coraz rzadziej. Mest wstał i podszedł do okna, z którego rozciągał się piękny widok. Kątem oka zauważył iż ma nową wiadomość. Chodziło o Omegę, wyglądało na to iż Cerberus rozpoczął jej oblężenie gdy Mest spał. Przez chwilę zastanawiał się nad tym, jakim portem będzie można ją zastąpić. Dał sobie jednak z tym spokój. Uśmiechnął się lekko i spojrzał na stalowe miasto. Ogarnęło go wtedy dziwne wrażenie że gdy będą odlatywać, świat będzie inny. Może chodziło o Omegę, a może o coś innego.

Mest mierzył do przeklętego, czterookiego łowcy niewolników. Byli z dala od miasta, więc nie mógł liczyć na pomoc żołnierzy, którzy przed chwilą przylecieli. Batarianin trzymał zakrzywione ostrze tuż przy gardle jego przyjaciółki. Wiedział że jeśli nie naciśnie na spust, drań ucieknie zabierając ze sobą Trish, której los będzie znacznie gorszy niż śmierć.
- Mindoir, nie cierpię tego miejsc a – powiedział cicho uśmiechając się lekko. Miał czternaście lat i bez wahania pociągnął na spust.

Ku swojemu zaskoczeniu i uldze trafił. Patrzył jak Batarianin z dziurą zamiast oka leży bezwładnie na ziemi, i czuł z tego satysfakcje. Obejrzał pistolet i delikatnie dotknął ramienia szlochającej przyjaciółki. Odgłosy walki niosące się z oddali, milkły. Atak łowców niewolników na Mindoir się skończył, Batarianie wygrali.

Mest otworzył oczy, oddychając głęboko. Zewsząd dobiegały strzały, wśród których co pewien czas słychać było przytłumione krzyki. Byli na Palaven, właśnie zaczynał się dziesiąty dzień oblężenia. Znalazł się tu wraz z resztą drużyny w trakcie wykonywania zlecenia. Ochraniali transport środków medycznych. Gdy byli kilka minut od planety nadleciały siły Żniwiarzy. Wydawać by się mogło iż najsilniejsza flotylla w galaktyce będzie zdolna bronić swej najważniejszej planety. Nadzieja matką głupich. Widzieli tylko kawałek bitwy, wystarczająco dużo by zrozumieć siłę wroga, wystarczająco mało by nie musieć patrzeć na masakrę. Ich fregata została mocno uszkodzona przez wrogie myśliwce, musieli lądować awaryjnie. Spadli na małe miasteczko które zostało niemal od razu po tym zalane przez siły żniwiarzy. Cudem część załogi przeżyła, trochę więcej niż połowa. Większość z nich i niemal cały zespół naziemny, zginęła w przeciągu sześciu pierwszych dni walki. Następne cztery były tylko trochę lepsze. Ostatecznie ostało ich się dwunastu, było to wszystko co zostało po „River”. Co pewien czas dołączała do nich grupa uciekinierów, jakaś rodzina czy ktoś kto akurat ocalał z masakry. Udało im się znaleźć schronienie w wielkim muzeum. Było idealne do obrony, ułożyli barykady, rozdali broń tym którzy mogli strzelać i co pewien czas odpierali ataki odnosząc minimalne straty. Wydawać by się mogło iż było dobrze. Tak też myślała większość z broniących się tu osób, ale zarówno Mest jak i Vroun znali prawdę. Kończyły im się pochłaniacze ciepła a żywności było coraz mniej. Do tego powtarzające się ataki nie pozwalały na odpoczynek. Nie byli, potrzebującymi jedynie godziny snu Salarianami. Mest rozejrzał się po obszernej sali, eksponaty były nienaruszone i stały za grubymi pancernymi szybami zupełnie jakby nic się nie stało. Były milczącymi świadkami historii. Obrońcy stali przy barykadach uzbrojeni w najróżniejszą broń, czasem nawet bez pancerzy. Pozostali leżeli próbując się przynajmniej zdrzemnąć na chwilę. Byli w dużej sali zbudowanej z kilku przyległych do siebie prostokątów tworzących razem coś w postaci dużego U. Poza dwoma zabarykadowanymi wyjściami na plac przed muzeum, było jedno zawalone prowadzące wewnątrz budynku i schody na pierwsze piętro gdzie przebywał Vroun, osłaniający ludzi próbujących się przedrzeć do budynku. Był świetnym snajperem i na ogół udawało mu się ocalić ludzi przed kanibalami, zombie i maruderami. Mest wszedł na górę. Vroun siedział w jedynym pomieszczeniu które się ostało, miał widok na cały plac przed muzeum. Odłożył karabin snajperski na widok Mesta, było wyjątkowo spokojnie. Turianin wykorzystywał pancerz należący do jednego z martwych żołnierzy, który miał tyle szczęścia by zginąć od ostrzału broni Grasanta w przeciwieństwie do reszty jego drużyny rozszarpanej przez zombie. Sam Mest miał pancerz złożony z dwóch, ciężkiego z którego wykorzystał lewą rękę i napierśnik oraz swojego oryginalnego lekkiego czarnego, z którego miał całą resztę. Dodatkowo stosunkowo niedawno udało mu się dostosować do tej zbroi pancerz ablacyjny. Wszystko to razem zapewniało znacznie lepszą ochronę niż pierwotnie posiadał, mimo to czuł się w tym jakoś nieswojo. Oczywiście tak niecodzienna ochrona była wynikiem konieczności przeprowadzenia serii napraw.

- Rzadko kiedy ktoś tu przychodzi – stwierdził Vroun patrząc na swojego podkomendnego.
- Wiesz że zostałem wychowany na Mindoir? – zapytał cicho Mest
- Nie wiem czemu zaczynasz ten temat teraz – odparł – ale owszem, mówiłeś mi o tym.
- Dziewczyna którą wtedy uratowałem, w trakcie ataku czterookich, widząc ile zostało z jej rodziców popełniła samobójstwo. Zresztą takich osób było więcej. Inni którzy przeżyli potrzebowali pomocy, wliczając w to żołnierzy. Na ogół chodziło o zespół stresu pourazowego, nie zawsze ale w większości. Od pewnego czasu zastanawiam się czy indoktrynacja może zostać przyspieszona przez niestabilny stan umysłowy.
- Rozumiem, nie martw się. – uspokoił go Vroun – masz bardzo silną wolę, jesteś zbyt inteligentny by nie zauważyć objawów. A gdy je zauważysz zrobisz to co zrobić powinieneś, zawsze ci ufałem. Dlatego to właśnie ty zawsze pilnujesz mi pleców.
- Ja jestem tylko częścią tego hm… problemu. Wszyscy ci, którzy są poniżej stracili wszystko, widzieli śmierć swoich rodzin, często rodziców czy dzieci. Już teraz im odbija.
- Będziemy ostrożni.
- Jest też inna kwestia. Widzisz sam proces indoktrynacji jest dowodem na to iż nasz psychika jest w zasadzie jak prosty program komputerowy, co żniwiarze mogą wykorzystać.
- Czekaj – powstrzymał go od dalszych słów Vroun łapiąc za karabin snajperski. Obejrzał cały plac bardzo starannie, po czym odłożył broń – twierdzisz że jesteśmy tak naprawdę niczym innym jak organicznym SI. Cóż Dassi pewnie by się z tobą nie zgodziła, ale ona wróciła do swoich pobratymców
- Na szczęście nie musi walczyć z tym koszmarem. Mimo to martwię się o nią. Co do mojego wywodu o SI, to według mnie jesteśmy niczym więcej jak organiczną sztuczną inteligencją na którą można swobodnie wpływać. Całe nasz JA może zostać wypaczone, zmienione czy nawet skopiowane. Obaj to widzieliśmy, pamiętasz przypadek szybkiej indoktrynacji grupy Brawela.
- Chodzi o tych, którzy ochraniali magazyn?
- Tak, w pewnym momencie już nawet pamiętali te same rzeczy. Jeśli mam rację, to prowadzi nas to do dość prostego wniosku. Niczym nie różnimy się od Getów, skoro to co nasz czyni istotami myślącymi nie różni się niczym od programu komputerowego. A to oznacza iż jedyne co odróżnia nas od żniwiarzy to cel jaki chcemy osiągnąć. Zresztą wystarczy zobaczyć eksperymenty naukowców na dzieciach. Przez odpowiedni proces można doprowadzić do wyparć. Znasz ciąg dalszy? Wiesz chyba co się wtedy dzieje, osoba z wyparciami jest bardzo podatna na manipulacje, poprzez dostarczanie jej nieprawdziwych informacji. Innymi słowy osoba działa i analizuje dostępne informacje tak jak komputer, więc czy możemy się czymś różnić od SI jeśli działamy na tej samej bazie, i w ten sam sposób? To cel jaki chcemy osiągnąć jest inny, ponieważ sztuczna inteligencja nie jest ograniczana pojęciami takimi jak rządze czy strach.

- A jaki jest twój cel? – zapytał go po chwili milczenia Vroun
- Na razie dość prosty, nie zginąć w wyjątkowo paskudny sposób.
- Tu, osiągnięcie go raczej ci nie grozi. Jeśli wojsko nas nie znajdzie to rozwalą nas w przeciągu tygodnia, może dwóch jeśli będziemy mieli szczęście.
- Jest na to sposób – stwierdził Mest. – Wezmę grupę, sześciu osób uzbrojonych z zapasem amunicji i przejdziemy na południe. Urządzimy dywersję wy po kilku minutach ruszycie na północ w stronę wojskowych. Przy odrobinie szczęście droga będzie wolna. Poprowadzisz resztę.

Vroun nie odzywał się przez pewien czas. Nie wiedział co odpowiedzieć choć wiedział iż to dobra decyzja.

- To pewna śmierć – odpowiedział patrząc Mestowi w oczy. Jego podkomendny się tylko uśmiechnął.
- Mam umrzeć to umrę – odparł Mest

Pół godziny później miał już drużynę desperatów, gotowych do walki i wiedzących iż najprawdopodobniej przyjdzie im umrzeć za życie swych bliskich. Gotowi na wszystko i pogodzeni z nieuchronnie zbliżającą się śmiercią. Nie wyglądali tak źle jak można było przypuszczać. Ruszyli jak tylko byli gotowi, bezproblemowo przebyli pierwszych kilka ulic. Dopiero po nich zmuszeni byli do oddania kilku strzałów w napotkane zombie. Po pewnym czasie znaleźli świetnie nadający się do obrony budynek. Ruiny magazynu, zawartość posłużyła do zrobienia barykad a oba wejścia zostały bez problemu obstawione. Kilkoma wybuchami zawalili pobliskie budynki pozbawiając wroga dobrych pozycji do ostrzału robiąc przy okazji sporo hałasu. Oto właśnie chodziło nie minęły dwie minuty nim charakterystyczne wrzaski dobiegły ich uszu. Rozlegały się ze wszystkich stron. Nie byli przygotowani na tak dużą liczbę wrogów. Mest uzbrojony w Windykatora był w stanie zdejmować Kanibali z dużych odległości w tym czasie jego podkomendni uzbrojeni Phaestony niszczyli zombie zbliżające się bliżej. Walka była cięższa i choć przez pierwsze kilka minut dawali sobie radę zadając duże straty wrogowi to gdy tylko pojawili się Maruderzy sytuacja ze złej zmieniła się na dramatyczną. Nie tylko tworzyli pancerze swym podopiecznym ale też zmienili chaotyczną szarżę w nieźle skoordynowany atak. Dodatkowo sprawę pogorszyło pojawienie się Brutali. Obrzucali je granatami gdy te tylko znalazły się w zasięgu, zabili w ten sposób trzy z czterech bestii, tracąc wszystkie granaty i dwójkę żołnierzy. Mest naciskał na spust raz za razem celując w nadchodzącą bestie. Stwór zaszarżował ciosem swojej potężnej łapy zniszczył barykadę i zmusił obrońców do wycofania się. Z odgłosów można było wnioskować iż ci z drugiego wejścia radzą sobie jedynie nieco lepiej. Stworzenie przygotowało się do kolejnego ataku. Mest wykorzystał sytuację. Cios omni-ostrzem zadany w głowę, ku jego zaskoczeniu wystarczył. Krew bestii obryzgała mu pancerz, odskoczył patrząc z dumą na swoje dzieło. Martwa kreatura stanowiła świetną zasłonę, choć nie obyło się bez kilku serii sprawdzających czy aby na pewno była trupem. Jak dotąd zabili przynajmniej czterdziestu przeciwników, co chwila powiększali ten wynik. Nie chodziło o przeżycie ale o wzięcie do grobu tylu wrogów ilu się dało. Nie był pewny ile trwało nim zaczęły im się kończyć pochłaniacze ciepła. Ale właśnie wtedy pojawiła się największa jak dotąd fala zombie. Nie mogli oszczędzać. Co chwila rozlegał się charakterystyczny odgłos oznaczający koniec amunicji. Byli otoczeni a wrogi ostrzał stale się nasilał.

Seria eksplozji zakończyła walkę, zalewając wrogów falami ognia. Wszyscy Maruderzy leżeli w kawałkach. Przez kilka sekund trwała cisza. Mest zauważył przelatujące transportowce, nigdy wcześniej nie widział Krogańskiego desantu. Wstał z za osłony i uśmiechnął się lekko. Właśnie rozpoczynała się prawdziwa bitwa o Palvaen. Choć czwórka z jego żołnierzy zginęła, Mest wiedział iż było warto. Swą krwią zapewnili życie innym, mężczyznom, kobietom i dzieciom. Zrobili coś co ma znaczenie i właśnie to będzie zapamiętane. Wojna się nie skończyła, wręcz przeciwnie. Wojna dopiero się zaczęła i właśnie przez wzgląd na tych, którym przyjdzie zginąć w walce, żaden z żołnierzy się nie podda dopóki Żniwiarze istnieją.

Mest otarł pot z czoła zakładając hełm swojego nowego pancerza. Jako weteran bitwy o Palaven mógł liczyć na zniżki i hojność Turain, którą wykorzystał. Nie był bogaty ale ilość kredytów jakie dostał w zamian za pomoc w wyprowadzeniu mieszkańców oraz walkę ze żniwiarzami, była znacznie większa niż się spodziewał. Wystarczyło na dalsze modyfikacje pancerza i broni. Przeszedł kilka kroków, po czym usiadł na ławce podziwiając rzeźbę Kroganina. Prezydium było piękne. Było tu mnóstwo żołnierzy, kręcili się niedaleko restauracji oraz sklepów. Mimo iż od pewnego czasu Mest wykonywał misje dla Przymierza w charakterze najemnika, nie czuł ze swymi kompanami żadnej wspólnoty. Byli przedstawicielami dwóch różnych światów, i wątpił by mogło się to zmienić. Wydawało mu się iż jest skazany na samotność. Jedyna osoba z jaką wiązał swoją przyszłość, przepadła bez wieści. Oddychał głęboko próbując filtrować wspomnienia, nie udało mu się to. Zalała go fala smutku, był sam jak palec. Od kiedy Vroun dołączył do oddziałów N7 rzadko się widywali. Westchnął obserwując dwie całujące się Asari. Skrzywił lekko na nowo zerkając z zazdrością na kamienną postać. Kroganin niczego nie czuł, tylko stał, będąc świadkiem niekończących się wojen, upadku swego ludu i jego powstaniu na nowo. Przez chwilę zastanawiał się czy żniwiarze zniszczą rzeźbę, doszedł do wniosku iż prawdopodobnie tak, jednak nie jest to pewne. Zapragnął wyryć na niej swoje imię, pozostawić po sobie coś co ma okazje przetrwać wieki. Stłumił tą myśl, to ludzie tacy jak Shepard zasługiwali na to by być pamiętani przez wieki czy tysiące lat. Bohaterowie, którzy prowadzą całe armie do boju, nie bezimienni szarzy żołnierze. A on przecież jest takim nic nie znaczącym, łatwym do zastąpienia szarym żołnierzem. Czemu miał by w ogóle zostać zapamiętany? Westchnął znowu wstając. Cały jego dobry nastrój gdzieś wyparował. Przypomniał sobie jak ich ewakuowano z ojczyzny Turian. Uratowali czterdzieści osób, to było wspaniałe uczucie. Podszedł do barierki patrząc na jezioro. Po chwili ruszył z powrotem do sektora wydzielonego wojskom Przymierza. Nie miał nic do roboty. Po ostatniej zakończonej sukcesem misji, dostali trochę wolnego, więc pozostawało mu tylko i wyłącznie nudzić się dopóki nie dostaną jakichś rozkazów. W trakcie drogi myślał o tym czy może kupić coś w sklepie z grami, jednak zrezygnował. Już dawno wykupił wszystkie jakie chciał. Minął kilka zamkniętych sklepów, które kilka dni temu posłużyły jako magazyn wojskom Człowieka Iluzji. Skrzywił się lekko, to były całkiem niezłe sklepy. Kiedy dotarł do swojej kwatery, którą był zmuszony dzielić z innym żołnierzem przymierza, od razu położył się spać. Dopiero po chwili, uświadomił sobie iż ciągle ma na sobie, swój pancerz. Roześmiał się cicho i zaczął go zdejmować. Nagle usłyszał dźwięk otwierających się drzwi. Do pomieszczenia wszedł Vroun.
- Nie masz co robić? – Zapytał patrząc na swego przyjaciela. Podobnie jak Mest był w pancerzu i z bronią, zupełnie jakby czekał na bitwę.
-  Szczerze? Wiesz jakie to uczucie gdy coś skończyłeś, jesteś z tego zadowolony, ale uświadamiasz sobie iż kompletnie nie wiesz co ze sobą począć? Ja właśnie takie mam.
- To świetnie – odparł uśmiechając się lekko – mamy problem, z którym mógłbyś nam pomóc.
- Co to za problem? – nie oczekiwał iż jakoś go to zainteresuje, ale i tak nie miał nic lepszego do roboty.
- Jest duży, ma działa i sporo załogi – Mest przestał zdejmować zbroje. Spojrzał zachwycony na swego rozmówcę.
- Statek kosmiczny? Co ja mam z tym wspólnego? – zapytał po chwili milczenia. – Myślałem że elity z N7 zajmują się tymi trudniejszymi misjami.
- To proste – odparł Vroun – Większość osób z oddziałów specjalnych jest teraz na różnych misjach, a to sprawa niecierpiąca zwłoki. Skompletowaliśmy więc kilka drużyn według zasady, im więcej ludzi tym lepiej i szykujemy się do wylotu. Ty byłeś oczywistym wyborem pod względem udziału w misji, biorąc pod uwagę niedawny sukces oraz sposób w jaki walczysz.  Ruchomy czołg bez wątpienia nam się przyda. Poza tym, wiedziałem iż będzie ci się nudzić, a fakt iż możesz sporo zarobić, nie będzie bez znaczenia.
- Dzięki - faktycznie Mest posiadając pancerz Ablacyjny i bardzo  mocne tarcze, skupiał na sobie ostrzał wrogów, pozwalając drużynie eliminować poszczególne, odsłonięte cele. – Powiedz mi tylko gdzie mam iść.

Dwie godziny później był na pokładzie krążownika. Gotowy na wszystko i zadowolony z nieoczekiwanego zwrotu akcji. Był w hangarze gdzie objaśniano mu i reszcie członków cele misji, oraz dobierano ich w drużyny. Wszyscy razem tworzyli ciekawą mieszankę. Połowę stanowili doświadczeni weterani oddziałów N7, i mimo iż oficjalnie nie byli członkami tego programu, to tak ich nazywano. Resztę stanowili najemnicy, wybrano ich, ponieważ nikt by po nich nie płakał a Przymierzenie nie musiało by płacić za ich utrzymanie gdyby zginęli. Kilku Ludzi, Turian, Asari, Krogan i Salarian. W sumie razem było ich dwadzieścia siedem osób. Mieli pozornie nie wykonywalne zadanie. Otóż Cerberus wykorzystał kilka krążowników by dostarczyć sprzęt i ludzi do bitwy o cytadelę. Posłuży one do szybkiego desantu. Jeden ze statków, został mocno uszkodzony nim zdążył uciec przez przekaźnik. W efekcie okręt nie był w stanie dostać się do następnego. Ukrył się za jednym z księżyców by dokonać napraw, jako że nie przetrwał by następnego skoku. Okręt miał wyłączone skanery i uzbrojenie, więc był ślepy, głuchy i bezbronny. Jednakże załoga prawdopodobnie była świetnie wyszkolona i wyposażona. Spróbowała by wysadzić statek w przypadku abordażu. Właśnie dlatego misja była taka trudna. Do tego duża przewaga liczebna zindoktrynowanych cyborgów jakimi  byli członkowie Cerberusa stanowiła nie mały kłopot. Mimo to ich szanse na wygraną były całkiem spore, na tyle duże by móc mieć nadzieje na sukces.

              Zaczęło się, Mest siedział w jednym z Kodiaków obserwując monitor, przedstawiający biały pokryty szramami statek. Był mocno uszkodzony. Inny krążownik wraz z kilkoma fregatami unosił się niedaleko jednostki Cerberusa. Miał za zadanie go zniszczyć w przypadku nieudanego ataku drużyn abordażowych. Był ustawiony tak by nie dało się go zauważyć z okrętu Cerberusa, po drugiej stronie księżyca. Mest sprawdzał co chwila broń. Czekanie było najgorszym możliwym zajęciem. Nie mieli jednak wyboru. Gdy oni siedzieli obserwując sytuację, trzy, czteroosobowe oddziały N7 dokonywały abordaży i próbowały dostać się na mostek. Jeśli by im się udało, to stamtąd całkowicie odłączyli by sekwencje autodestrukcji uniemożliwiając jej użycie. Wyłączyli by również takie systemy jak automatyczna ochrona oraz podtrzymywanie życia. Pozbawieni sztucznej grawitacji oraz tlenu, obrońcy byli by zmuszeni poddać się lub zginąć. Niemal pewne było jednak iż nie uda się tego dokonać, i żołnierze będą zmuszeni wywalczyć sobie kontrolę nad statkiem. Dlatego właśnie drużyna, w której był Mest oraz dwie inne, czekały z niecierpliwością na sygnał do wejścia na pokład. Dostali znak a promy ruszyły w kierunku statku. Drużynom N7 udało się odłączyć sekwencje autodestrukcji, jednak tylko to byli w stanie zrobić. Obecnie utrzymywali się na mostku atakowani z każdej strony. Załoga nie dawała za wygraną. Prom Mesta wylądował w opuszczonym hangarze, po czym, od razu po wyjściu drużyny szturmowej wystartował. Dowodził doświadczony najemnik, człowiek, który swojego czasu pracował dla Salarian. Poza nim i Mestem był Kroganin z klanu Urdnotów, oraz sześćdziesięcioletnia Asari, która niedawno wykonywała na wpół legalne zlecenia dla Zaćmienia. Ruszyli, spokojnie przebyli pierwsze dziesięć metrów, słabo oświetlonego hangaru docierając do, prowadzącego w głąb okrętu, korytarzu. Zajęli pozycję przy wejściu i otworzyli metalowe wrota. Mest i Urdnot stali naprzeciw otwierającej się śluzy gdy pozostała dwójka była schowana za osłonami. Widząc żołnierzy Cerberusa, akurat biegnących w ich stronę nacisnęli na spusty. Wyrzutnia kolców Graal była straszliwą bronią w rękach doświadczonego wojownika. Cztery kolce wbiły się w korpus najbliższego im przeciwnika, kolejny został powalony celną serią z Windykatora. Pozostała dwójka agentów Cerberusa schowała się za osłonami. Nie pozostali tam długo. Dwa granaty wylądowały niedaleko pozycji obrońców. Rzut biotyki sprawił iż poleciały w różne strony prosto pod nogi ich przeciwników. Mest nie był zaskoczony efektywnością swoich kompanów. Czuł iż byli od niego o niebo lepsi. Westchnął i wstał  ruszając razem ze swymi towarzyszami. Szedł obok Kroganina, tuż za nim był dowódca oraz Asari idąca jako ostatnia. Zatrzymali się przy kolejnej, niewielkiej tym razem stalowej śluzie. Przylgnęli do ścian. Urdnot wyjął granat i otworzył przejście do zbrojowni.  Stalowe drzwi rozsunęły się a granat poszybował w kierunku grupki akurat wychodzących żołnierzy. Kroganin od razu odsunął się, ustępując miejsca Mestowi, który naciskając spust raz po raz wszedł do pomieszczenia. Sama eksplozja wykonała ogromne spustoszenie. Zdezorientowani agenci, którzy mieli na tyle szczęścia by przeżyć, zajęli pozycje obronne. Choć dowodzącego nimi Centuriona powaliły strzały Mesta to wrogowie nie zamierzali się poddać. Mest zajął pozycję za osłoną. Wychylał się co chwila odciągając ogień od wkraczających do pomieszczenia sojuszników. Gdy wszyscy zajęli swoje pozycje, wyszedł  na środek pomieszczenia. Próbując to wykorzystać przeciwnicy skupili na nim ogień. Za późno zorientowali się jaki błąd zrobili, odsłaniając się. Członkowie drużyny bez problemu ich wyeliminowali. Mest wziął głęboki wdech czekając w gotowości do walki aż jego tarcze na nowo się zregeneruje. Po czym się rozejrzał. Najróżniejsza broń i pancerze leżały luzem. 
- Nic tylko brać – powiedział cicho kierując swoje słowa do dowódcy.
- Nie jesteśmy byle złodziejaszkami, wracaj do formacji.
- Chwila – warknął Kroganin – rzeczy tu są warte fortunę, nic się złego nie stanie jeśli odłożymy sobie jedną czy dwie giwery na boku.
- Fakt – odparła Asari – po za tym mogą się nam przydać.

Dowódca burknął coś pod nosem samemu podchodząc do jednej z szaf. Mest zachwycony swymi zdobyczami, z czcią założył na plecy, Siekacza oraz Patroszyciela. O ile Siekaczem chciał zastąpić swój karabin, poprzez zdjęcie mu lunety to uznał strzelbę za wartościową i sporo wartą na rynku lub jako prezent. Nie miał jednak czasu na eksperymenty. Gdy tylko skończył przepatrywać regały, wrócił do formacji i już chwilę po tym ruszyli dalej. Bez problemu przebyli kilkadziesiąt następnych metrów sprawdzając każde pomieszczenie po kolei. Były puste lub zasłane trupami martwych agentów Cerberusa. Stanęli w średniej wielkości sali zbudowanej na planie prostokąta. Było z niej tylko jedno wyjście na przeciwległej ścianie. Mest otworzyli śluzę prowadzącą do kolejnego, pustego korytarza. Zatrzymał się, czując niepokój zrobił kilka kroków w tył. Coś było nie tak. Reszcie drużyny udzieliły się jego obawy. Ledwo co dostrzegalny ruch przekonał Mesta iż miał rację. Duch „zrzucił” kamuflaż dwa metry przed nim szarżując. Bez problemu uniknął serii pocisków  przeskakując na strzelcem. Mest szybko się obrócił. Widząc jak członkowie jego drużyny się wycofują w głąb wąskiego korytarza wymierzy w panel sterowania śluzą. Ku jego zaskoczeniu, udało się. Stalowe wrota opadły oddzielając Ducha od reszty i zatrzymując go w pomieszczeniu z Mestem. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego w jak bardzo złej był sytuacji. Jego broń nie nadawał się do tej walki. Cofał się naciskając na spust, wiedział jednak iż prawdziwa walka rozegra się wręcz. Wyrzucił broń gdy Duch pojawił się tuż przed nim. Szybko użył Omni-ostrzy, które miał na obu rękach i zaatakował. Sparował szybkie pionowe cięcie lewą ręką i zaatakował prawą. Wróg bez trudu uniknął ciosu robiąc salto w tył i wystrzelił kilka pocisków ze swojej rękawicy. Mest przyjął strzały sięgając po Kata którego miał przy pasie. Staranie modyfikowane tarcze wytrzymały, Duch jednak użył kamuflażu nim pociski Carnifexa go dosięgnęły. Przez chwilę panowała cisza, agent Cerberusa przygotowywał się do ataku. Mest obrócił się instynktownie czując zagrożenie. Wykonał błyskawiczny unik wiedząc iż każde cięcie miecza może być zabójcze. Nacisnął na spust Kata jednak i tym razem Duch uniknął strzałów z nadludzką prędkością. Znów zaatakował, tym razem doskakując do Mesta. Ciął najpierw poziomo, jednak szybko zmienił kierunek natarcia na pionowy. Sztych broni przeciął hełm tworząc coś w rodzaju szramy. Ostrze nie dosięgnęło jednak skóry. Mest wiedział iż musi to wykorzystać. Złapał za broń w połowie długości klingi i ciosem Omni-ostrza drugiej ręki złamał ją. Duch upuścił bezużyteczny już miecz i wycofał się strzelając do swojego przeciwnika, który odpowiedział kilkoma strzałami z Kata. Dopiero gdy przeciwnik Mesta się wycofał ten złapał się za dłoń powstrzymując krwawienie. Wiedział iż jego wrogowie nie wykorzystują normalnej broni, i ten miecz na pewno tez nie był normalny. Jednak nie spodziewał się czegoś takiego. Zaklął używając mediżelu. Powstrzymał krwawienie, jednak jego prawa ręka nie nadawał się już do walki. Kości całej ręki aż do łokcia były połamane a mięśnie uszkodzone. Mest z dumą spojrzał na złamaną broń, wiedząc jednak iż bitwa o statek była daleka do zakończenia.