Nie znoszę metafor. Upraszczanie dla niedokształconych mas.
-- Mordin
Czytaj więcej...

Jedni odchodzą, drudzy wracaj...

Wraz z końcem lipca, nadejdą poważne zmiany w BioWare. Z f...

Czytaj więcej...

Patch 1.09 dostępny

Wczoraj na serwery weszła nowa łatka oznaczona numerem 1.0...

Czytaj więcej...

Fizyczność przy nagraniach j...

Przyszedł czas na ostatni wywiad z serii. Naszym i waszym ...

Czytaj więcej...

Vetra jest PERFEKCYJNA

Czołem Statusowe świry! Dziś przedstawiamy Wam przedostatn...

0123

bez tytułu

02.06.2012, 08:05
Ocena użytkowników:  / 1
SłabyŚwietny 

Powrót do strony głównej działu Twórczości Fanów.

"***"
autorka: Vinghen

„Jesteś wspaniałym obrońcą, siha, ale pewnych rzeczy nawet ty nie przezwyciężysz.”

Była zmęczona.
Tak bardzo, zwyczajnie i po ludzku. Ból wyczerpanego ciała okazywał się zresztą najmniejszym z problemów.
Nie pamiętała już czym jest śmiech czy poczucie… właśnie, czego? Spokoju? Usatysfakcjonowania?
Miała doskonale świadomość tego, jak wiele się od niej oczekuje i jak wiele zależy od jej czynów.
Nie…

Nie mogła ponieść porażki, nie teraz. Nie po wszystkich poświęceniach.
Nie, kiedy w imieniu sprawy ginęło tak wielu.
Nawet, jeśli z życiem rozstawały się bliskie jej sercu osoby.
Shush.

Da radę, absolutnie. Jak zwykle zresztą. Kto jak kto, ale ona podoła wszelkim przeciwnościom losu, niejednokrotnie już to udowodniła. Prawda? Nie czas na wątpliwości. Była żołnierzem szkolonym do walki, była dowódcą dla swych podwładnych. Nie zamierzała pokładanej w niej wiary zmarnować i zdecydowanie nie pozwoli, by osobiste rozterki wpłynęły na jej efektywność.

Nie ma czasu na błędy.

Nieco ponad trzydziestoletnia kobieta w zupełnym milczeniu wróciła na pokład. Ci, którzy towarzyszyli jej w poprzedniej misji nie mieli śmiałości się do niej odezwać, co o tyle było dziwne, iż komandor Shepard zwykle nie bywała tak… zimna, niedostępna. Do tej pory nikt nie miał większych oporów do podejścia do niej, zagadania, pożartowania czy nawiązania normalnej rozmowy. Były jednak takie dni, gdzie chłodna aura wręcz promieniowała od kobiety i zniechęcała do jakichkolwiek prób porozumienia się. To był właśnie jeden z takich dni i większość z załogi miała świadomość tego, czym jest spowodowana.

James Vega i Garrus Vakarian, którzy przybyli kilkanaście minut wcześniej, zatrzymali się zaraz po przejściu dekontaminacji i czekali na komandor, co samo w sobie było zaskakujące. Z reguły po powrocie z misji (pomijając już sam fakt, iż najczęściej wracali Kodiakiem) każdy z towarzyszy Shepard wracał do swoich kwater po wcześniejszym sprawdzeniu sprzętu, sprawdzeniu stanu zdrowia etc. Tym razem było inaczej, ale i misja okazała się zupełnie odmienna od tego, z czym mieli okazję do tej pory się zmierzyć.

Automatyczne drzwi, za którymi znajdowało się pomieszczenie dekontaminacji otworzyły się z charakterystycznym, mechanicznym sykiem wpuszczając do środka statku śniadego mężczyznę o kruczoczarnych włosach i orzechowych, skupionych oczach. Ów skinął nieznacznie głową w geście niewerbalnego powitania stojącemu nieopodal turianinowi oraz młodemu żołnierzowi o muskularnej budowie ciała, po czym bez słowa skręcił w prawo i ruszył korytarzem w głąb wnętrza Normandii. James i Garrus wymienili krótkie spojrzenia między sobą. Młody mężczyzna otworzył usta w zamiarze skomentowania zaistniałej sytuacji, ale turianin pokręcił głową, czym z sukcesem uciszył kompana.

Drzwi ponownie się rozsunęły.

Drobna postać komandor weszła nienaturalnym, wręcz sztywnym krokiem. Podobnie jak Vakarian i Vega, ona także odziana była jeszcze w pancerz bojowy. Gdy ich mijała, zdążyła zaszczycić obojga jednym, obojętnym spojrzeniem. Ukośna blizna, która znaczyła młodą twarz od miejsca tuż pod wewnętrznym kącikiem prawego oka i ciągnęła się dalej przez nasadę nosa po to, by zakończyć się wreszcie na lewym policzku drgnęła nieco, gdy James zmarszczył lekko brwi i otworzył usta. Ponownie nie dane jednak mu było się odezwać , gdyż jego towarzysz po raz kolejny go uciszył.
Komandor od razu skręciła w lewo i zatrzymała się nie wchodząc głębiej na mostek pilotów.
- Joker, zabierz nas stąd – rozkazała autorytatywnie głosem nie znoszącym sprzeciwu.
- Aye, aye, komandor. Cel? – innym razem pilot z całą pewnością mniej lub bardziej żartobliwie skomentowałby sposób, w jaki jego dowódca się odezwał, lecz dziś sprawa wyglądała zdecydowanie inaczej. Jeff Moreau znał Shepard zbyt dobrze, prawdopodobnie lepiej, niż mogła przypuszczać.
- Nieważne. Gdziekolwiek. Po prostu zabierz nas stąd – wycedziła chłodno, odwróciła się i minąwszy stojących ciągle w tym samym miejscu towarzyszy ostatniej misji ruszyła w głąb korytarza.
- Aye, aye. – pilot pozwolił sobie zerknąć przez ramię na kobietę nim rozpoczął procedurę przygotowania statku do opuszczenia doku D24.
James otworzył usta po raz trzeci i tym razem Garrus przerwał mu słownie:
- Nie teraz, Vega.
- Ale…
- Ostatnim czego ona teraz chce, to rozmowy. Wierz mi, znam ją dobrze.
James sapnął i pokręcił głową w lekkim poirytowaniu.
- …wszyscy jesteście locos – wymamrotał pod nosem, gdy wreszcie skierowali się do własnych kwater.

***

"Kalahiro, zmyj grzechy tej istoty i przeprowadź ją na odległy brzeg nieskończonego ducha."

Kobieta wpatrywała się w nią ze znużeniem. Jej naturalnie jasna cera była jeszcze bledsza, a cienie pod oczami sprawiały, że mimo młodego wieku wyglądała na dalece bardziej starszą, niż w rzeczywistości. Miękka skóra na policzkach i nosie upstrzona była małymi piegami, które ledwo można było dostrzec pod warstwą kurzu i brudu. Pełne usta miały barwę nieco zsiniałą, a dolną wargę – tuż przy zewnętrznym kąciku – wątpliwie zdobiło drobne pęknięcie; prawdopodobnie ich właścicielka nieświadomie przygryzła ją w stresującej sytuacji. Miedziane pasma półdługich, prostych włosów zostały zebrane i spięte w kok tuż nad karkiem – obecnie w ogóle nie przypominał tej samej, niemal pedantycznej fryzury jeszcze sprzed kilkunastu godzin. Wyjątkową kurtuazją było nazwać upięcie artystycznym nieładem, a wiele kapryśnych kosmyków wydostało bezczelnie się spod gumki. Kobieta miała szczęście być posiadaczką dużych oczu, zielone tęczówki okraszone były tuż przy źrenicy cieplejszym odcieniem wpadającym nawet w żółć. Widoczne do tej pory znużenie natychmiast zniknęło, gdy tylko zielonooka zdała sobie sprawę, że jej emocje w jakiś sposób zdołały przedrzeć się na zewnątrz. Nawet, jeśli to był jedynie drobny skrawek odczuć.

Znów wpatrzyła się w jej oczy i zwróciła uwagę na perfekcyjny makijaż, który zdobił powieki. Kobieta najwyraźniej lubiła malować je w stylu nieśmiertelnego „smoky eye” i był to jedyny nienaganny, nienaruszony element w całej damskiej aparycji. Delikatna zmarszczka odznaczyła się pomiędzy naturalnie wystylizowanymi brwiami, skóra tuż poniżej nasady nosa zmarszczyła się odrobinę – z ust natomiast wydobyło się ciche parsknięcie pełne ironii.

- Jestem komandor Shepard, a to mój ulubiony makijaż w całej galaktyce.

Odwróciła wzrok od własnego wizerunku w lustrze. Przyłożyła dłoń do czujnika tuż przy kranie i porządnie chlusnęła sobie wodą w twarz. Dłonie – wciąż jeszcze odziane w bojowe rękawice – zacisnęła na krawędziach umywalki i przechyliła nieco ciężar ciała do przodu opuszczając głowę w dół.
Znów zagryzła wargę.

Straciła rachubę tego, ile razy toczyła wewnętrzną emocjonalną batalię. Za wiele od niej zależało, by mogła poddać sie wątpliwościom – zdawała sobie z tego sprawę aż za dobrze. Na ogół potrafiła zepchnąć czarne myśli, strach i ból rodzaju zdecydowanie innego niż fizyczny gdzieś głęboko na dno swojej duszy. Miała w tym wprawę, naprawdę nie narzekała. Tyle czasu budowała własny emocjonalny pancerz, że nauczyła się skupiać na tym, co najważniejsze. Nie dla niej. Dla ludzkości, dla galaktyki. Godziła się z tym. To był jej los, gdyby nie wierzyła, że osiągnie cel… Nie pokonałaby Sarena. Nie zniszczyłaby Suwerena, nie ocaliła Cytadeli, Rady. Nie przetrwałaby misji, która z góry była skazana na porażkę. Między czasie zdążyła dosłownie zginąć i jedynym rezultatem było to, że zamiast powstrzymać tylko ją wkurzyli. Determinacja i wiara, że to co robi ma znaczenie dodawała jej sił.

Przyspieszone tętno zadawało kłam chłodnym, wykalkulowanym myślom. Czuła ból w piersiach, w gardle rosło nieprzyjemne uczucie, jakby serce postanowiło zrobić sobie wycieczkę po przełyku i zaczęło wspinać się nieustępliwie do góry. Jeszcze chwila i zacznie mieć problem z oddychaniem.

- Cudownie. Wszechpotężna komandor Shepard zaraz dostanie ataku paniki. Idealny sposób, by pozbyć się Żniwiarzy: rozśmieszyć tak, by pękli ze śmiechu – powiedziała na głos trudno do określenia tonem, w który wkradła się mieszanina kpiny, goryczy i czegoś jeszcze.

Zamknęła powieki, zmusiła się do skupienia tylko i wyłącznie na głębokim oddychaniu. Opancerzone palce powolutku, ale efektywnie zwalniały nacisk na krawędziach umywalki. Wreszcie po dłuższej chwili wyprostowała się pozwalając, by krople wody swobodnie skapnęły na metaliczny kołnierz jej zbroi, kilka z nich zdołało spłynąć po boku jej szyi i zniknęły gdzieś w małej wyrwie przestrzeni pomiędzy jej skórą, a wewnętrznymi partiami pancerza. Puściła umywalkę, odetchnęła głęboko po raz ostatni i uniosła powieki.

Zimna, niedostępna zieleń tęczówek była obojętna. Doskonale skrywała wszystko to, czego Shepard nie chciała pokazywać światu. Prawdziwych emocji. Gładka twarz nie wyrażała nic. Spróbowała przywołać uśmiech na swoje usta, ale próba ta okazała się kompletnym niepowodzeniem i czym prędzej zrezygnowała z grymasu, jaki pojawił się na jej wargach. Co za dużo, to niezdrowo – pomyślała bez ironii.

Czas zejść do ładowni, oczyścić pancerz i przygotować go do następnej misji.
Jakakolwiek ona nie będzie.

Komandor Shepard ze wszystkim sobie poradzi.

…prawda?